Katastrofa lotnicza w centrum miasta

Pamiętam dokładnie: słoneczny, majowy dzień i okolice godziny dwunastej – wtedy to wsuwałem zupę. Kuchenny stół jedną z krawędzi dotykał parapetu, a ja siedziałem prawym bokiem do okna. Zupa była wyśmienita i, co najważniejsze, świeża! Bo ja odgrzewanego nie lubię – każdy posiłek podgrzany wtórnie jest dla mnie stary i nie ma znaczenia to, czy został ugotowany tego samego dnia, dnia poprzedniego, czy też może przed tygodniem. Nie lubię odgrzewanego i kropka. A zupka była pierwszorzędnej świeżości i taka gorąca: dmuchałem w łyżkę, ale tak leciutko, żeby nie zdmuchnąć ziemniaczka.

Pochylony nad talerzem, kątem oka dostrzegłem jakieś duże coś sunące po niebie. Podniosłem wzrok w ostatnim momencie, by w rogu okna zobaczyć kawał wielkiego, białego skrzydła samolotu z namalowanym nań pasem koloru pomarańczowego albo brzoskwiniowego. Nie wiem, nie jestem kobietą, by sprawnie nazywać kolory. Jakby w zwolnionym tempie zobaczyłem sunącego tuż nad dachami budynków. Z kuchni już go oglądać nie mogłem, więc pobiegłem do pokoju gościnnego, którego jedno z okien znajduje się na przyprostokątnej ściany z kuchennym oknem. Biegnąc do tego pokoju już wiedziałem co się zaraz stanie i na co się przygotować. Podbiegłem do okna i zobaczyłem, jak znika gdzieś nad centrum miasta.

Po chwili trwającej kilka sekund poczułem, jak moimi flakami zatrząsł potężny wybuch, a nad miastem wzniósł się obłok ognistego dymu. Nie zastanawiałem się nad tym, ile budynków zostało zburzonych, ilu przechodniów zginęło, ile osób było na pokładzie. Wyjąłem z kiszeni Nokię 6610i, zrobiłem zdjęcie widokowi z okna i wysłałem je do koleżanki z sąsiedniego miasta.

Nie wiedziałem, co dalej robić. Siedzieć w domu i słuchać wiadomości? Pójść do miasta i jak pieprzony gap stać i lipić na tę wielką katastrofę? Nie wytrzymałem jednak i wyszedłem z domu. Nie chciałem do miasta – pragnąłem po prostu trochę się przejść. A nuż spotkam kogoś znajomego, kto widział więcej i zechce się tym ze mną podzielić?

Kierowałem się w stronę centrum, ale nie tam, gdzie według mnie mógł się rozbić samolot. Chciałem jakoś tak obok, by nie pchać się w centrum wydarzeń, a jedynie blisko być na tyle, aby w razie czego nie mieć tam za daleko. Pokrętne to „daleko, ale blisko”, ale straciło na znaczeniu dokładnie w chwili, w której zza rogu kamienicy wyłonił się widok zamkniętej uliczki, na końcu której pracowały służby ratownicze. Stojąc w oknie i obserwując, jak samolot spada, źle oceniłem miejsce, w którym maszyna zakończy swój lot. Chcąc nie chcąc znalazłem się w miejscu katastrofy.Zobaczyłem tłum lekko rannych i jednocześnie mocno zszokowanych ludzi biegnących w moją stronę. Na ich widok sam rzuciłem się do ucieczki przed nimi, chcąc uniknąć stratowania. Biegnąc poczułem uderzającą o mój bok torbę z aparatem. Ah ta intuicja i ah to przyzwyczajenie.

Schowałem się we wnęce ściany jednej z kamienic i poczekałem, aż przebiegną. W końcu ruszyłem tam, gdzie działo się coś, czego nawet nie próbowałem sobie wyobrazić. W powietrzu zapach katastrofy transportowej. Nie swąd dymu, ale… znacie zapach unoszący się nad miejscem wypadku samochodowego? To właśnie podobna do tego woń: ciężka, oleista, słodkawo-słonawa i trochę jakby przypalona. Szedłem za tym zapachem jak pies bez przewodnika. Prosto do celu.

Skręciłem w inną uliczkę i natknąłem się na kolejną blokadę: tym razem drogę zagrodzili czymś, co przypominało plandeki od poczciwych, rodzimej produkcji ciężarówek Star. Na tej stercie żelastwa, od strony, od której przyszedłem, stali ludzie i krzyczeli coś. Gdy podszedłem bliżej zrozumiałem, o co krzyczeli: miejsce, w którym się znajdowaliśmy, zostało całkowicie odizolowane od reszty. Cała starówka została podzielona na małe sektory, poodgradzane od siebie ciężkimi, metalowymi zaporami – ponoć po to, aby zapobiec zderzaniu się uciekających w panice ludzie.

Sięgnąłem po aparat. Poczułem się strasznie dziko – jak dziki kocur wbijający kły i pazury w ciało swojej ofiary, szukając jej szyi, albo jak rekin, który poczuł krew. Kurewsko fajnie zrobiło mi się na myśl, że zaraz będę miał reportaż, o jakim nawet nie śmiałem sobie pomarzyć. I tak w niczym nie pomogę – jestem kawałkiem rzeki, którą podzielono i zatrzymano. Co zrobię ze zdjęciami? Ano dla siebie. A może ktoś zechce wykorzystać? Jak te z powodzi… Czy mi wolno? No wolno, pomijając wszystkie inne aspekty, w tym przypadku przed wszelkimi nieprzyjemnościami ochroni mnie prawo do informacji. Nie czułem pospiechu, więc spokojnie zacząłem szukać dobrego kadru.

Nim jednak go znalazłem, ludzie strojący na zaporze drogowej nie wytrzymali i zaczęli ją demolować. Kopiąc, szarpiąc i przesuwając tony żelastwa zrobili wyrwę tuz przy ścianie kamienicy – wyrwę na tyle dużą, iż w ciągi paru sekund zdążyło przez nią przebiec kilkanaście osób. Pobiegłem i ja. Ponownie pomyślałem o moim aparacie i niezasuniętej torbie ze sprzętem i na tę myśl się obudziłem.

Od czasu do czasu jakiś spadający samolot mi się śni. Ostatnio coraz częściej uczestniczę w tych katastrofach w roli naocznego świadka – reportera. Jakaś analiza by się zdała. Sennik?

Subskrybcja
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Wbudowane komentarze zwrotne
Pokaż wszystkie komentarze
Fanka Twoja ;D;D;D

Po wstępie w postaci:
“dmuchałem w łyżkę, ale tak leciutko, żeby nie zdmuchnąć ziemniaczka”
trudno się mi było skupić na reszcie tekstu..

Maurycy

w senniku katastrofa samolotu oznacza utratę energii, ale osobiście nie wierzę w senniki ;D

Stary książke napisz ;D

szuman

@[b]Fanko ty moja[/b], na kłopoty z koncentracją ponoć dobry jest magnez ;) Niedobór tego pierwiastka mieć możesz, jeśli od kawy nie stronisz ;)

@[b]Maurycy[/b], napisałem już jedną, a jeśli mowa o fabularnej, to musiałbym częściej miewać takie sny (i tak je później pamiętać ;))

Agnes

http://www.senniczek.biz tam jest sporo haseł i taka dziwna sonda czy sen się sprawdził w sensie wróżby jaka z niego wynika. Czasami liczba potwierdzonych bywa zaskakująca. :D
Pozdrawiam
Aga

Jakub Milczarek

Twój wpis sprowokował mnie do tego, że znów myślę o spisywaniu swoich snów. Ja dość dobrze zazwyczaj pamiętam całą fabułę, a co ciekawe większość moich snów jest bardzo realna i z kategorii przygodowo-społecznych (dużo miejsc i jeszcze więcej ludzi). Jedyne wątki nienormalne/nierealne to elementy, które można nazwać religijnymi (dość częste)…
@[b]Fanka Twoja ;D;D;D[/b], masz 100% rację – motyw z ziemniaczkami bardzo rozprasza czytelnika :)

szuman

@[b]Jakub Milczarek[/b], nie powiem, ciekawy jest profil Twoich snów ;) Sam lubię poczytać sny innych – jeśli nie są zmyślone (a czuć to czasem między wersami), to czyta się je świetnie – swego czasu na nieistniejącym już forum.foter.pl był wątek ze snami – niektóre zabijały :D

Jakub Milczarek

Ok to w takim razie pomyślę również nad spisywaniem :)