powyższe zdjęcie zapożyczyłem ze strony dixi-car.pl
W niedawno popełnionym wpisie pt. Nie chcę gonić za postępem napisałem, że to hasło może stać się przewodnim dla nowych tekstów publikowanych na blogu. Nie wiem na jaką skalę to się stanie i jak ogólnie zmieni bloga po moim powrocie do aktywności, ale na tę kwestię odpowiedź przyjdzie z czasem.
Grunt, że żyję, jestem i mogę pisać. A mogłoby mnie nie być dzięki zasranej elektronice w autach dla idiotów – elektronice, której nawet nie da się wyłączyć. Dlatego właśnie twierdzę, że nowa motoryzacja jest dla idiotów, bo przez nadmiar elektronikę ingerującej w sprawczość kierowcy temu nie pozostaje nic innego, jak być idiotą. Docelowo samochód będzie pewnie służył tylko do tego, żeby do niego wsiąść i wiezionym przez algorytmy zanudzać się do granic psychicznej wytrzymałości. Żadnych emocji.
A nie, wróć: emocji ta nowoczesność dostarcza – i to ogromnych! Niestety, tylko tych negatywnych. Od wkurwienia na przeszkadzanie w świadomych i celowych działaniach, przez irytację/frustrację ciągłym bodźcowaniem po przerażenie sytuacjami spowodowanymi durnotą tychże systemów.
Asystent pasa ruchu to mój wróg numer jeden. Pamiętam pierwszy raz z nim, gdy na autostradzie szarpnął mi kierownicą, bo omijając jakiegoś śmiecia na pasie ruchu za bardzo zbliżyłem się do linii oddzielającej jezdnię od pasa awaryjnego. Jakoś to strawiłem, oswoiłem i wyłączałem każdorazowo po uruchomieniu samochodu.
Pewnego razu jednak trafił mnie szlag. Przez to obligatoryjnie wciskane w imię bezpieczeństwa chujostwo prawie: a) wpadłem czołowo pod ciągnik z naczepą, b) wpadłem do rowu lub w drzewa.
Stało się to na łuku drogi wojewódzkiej, która z otwartej przestrzeni wchodziła w las. Na jezdni zalegało jedynie wspomnienie po niedawnych śniegach w postaci dwóch pasów lodu, jaki został w miejscach, po których normalnie samochody jeździły. Tak ugniotły śnieg, że tylko w miejscach śladów kół jeszcze nie stopniał.
Jechałem więc “okrakiem”, prowadząc koła między tymi pasami lodu. Na łuku drogi wyłączony (!!!) asystent pasa wykrył namalowaną na jezdni linię i szarpnął kierownicą tak gwałtownie i mocno, że wpadłem na ten lód i w efekcie na skręconych kołach w poślizg. Musiałem stoczyć walkę nie tylko z fizyką ale i tym cholernym silnikiem na kierownicy, który prawie rozpieprzył mój samochód i mnie w nim.
Jakoś za kilka tygodni wypadł przegląd gwarancyjny. W serwisie podniosłem temat tego gówna zainkludowanego w elektronikę auta, na co usłyszałem szczere: ma pan rację, ale nie możemy tego wyłączyć. Jako ASO odpowiadamy za samochody, pojazd na gwarancji, a taka ingerencja i całkowite dezaktywowanie tego systemu spowoduje nie tylko utratę gwarancji, ale też homologacji.
Na szczęście był to samochód służbowy, z którego z ulgą zrezygnowałem.
Motoryzacja umiera. Nie ewoluuje, ale umiera. Ewolucję zakończyła ćwierć wieku, kiedy wymyślono już wszystko, co miało sens i było przyjazne kierowcom. Później, to już było i jest tylko dopychanie świecidełek, gadżetów, zbędnych bajerów i sukcesywne odcinane kierowcy od dróg, po których jeździ.
Tej pięknej, dającej ogrom frajdy z jazdy motoryzacji już nie ma. Tzn. jest – w komisach samochodowych i w prywatnych ogłoszeniach. W salonach są już tylko zaawansowane urządzenia do przemieszczania się oparte na koncepcji niegdysiejszych samochodów.

Ja tam lubię pewne rozwiązania z obecnych rozwiązań np. asysten zatrzymania na wzniesieniu itp.
Inna sprawa, iż chyba nie ma przepisów mówiących jak mocno ma działać jakiś system i powiem szczerze nie miałem do tej pory kłopotu, iż asystent pasa ruchu praktycznie sam zmienił mi pas/tor jazd.
W samochodach kilku innych marek, którymi jeździłem służbowo, asystent pasa działał lepiej i przede wszystkim był faktycznie wyłączony gdy go wyłączyłem.