Iść do pracy czy zostać w domu z dziećmi?

Iść do pracy czy zostać w domu z dziećmi?

Temat niby prosty, ale jednak złożony. Niby to oczywiście oczywiste, że do pracy powinno chodzić to z rodziców, które więcej zarabia i najlepiej, jeśli tym rodzicem jest ojciec. Na tym już można by było zakończyć roztrząsanie tytułowej kwestii, no ale wiecie: “pieniądze to nie wszystko” – jako rzecze ociekające romantyzmem powiedzenie.

Pieniądze to nie wszystko

Skoro nie tylko hajs się liczy, to co jeszcze jest ważne? Według mnie jest to zachowanie wzorca rodziny. Tego tradycyjnego, istniejącego od zarania dziejów ludzkości i zdefiniowanego nawet przez naturę, przez zróżnicowanie fizycznych predyspozycji płci. Tak więc ma być tak, że:
– to ON chodzi na polowania i zapewnia rodzinie pożywienie
– to ONA zajmuje się jaskinią, dziećmi i przyrządza strawę z tego, z czym jej chłop wrócił

Proste, no nie?

Proste jak to, że właśnie mocno naraziłem się feministkom :)

We współczesnym świecie nic już nie jest takie proste. Facet może być bardziej zniewieściały od kobiety, a kobieta bardziej męska od chłopa. Wczoraj słyszałem w radiu jakąś reklamę czegoś związanego z kulturystyką. Męski głos coś tam słuchaczom poopowiadał, a po nim radiowiec powiedział, że to mówiła kobieta. Szok. Od razu wyobraziłem sobie, przez co musiała przejść. Ba! Nawet pozazdrościłem jej muskulatury. :)

Wróćmy do pytania zadanego w tytule wpisu. Które z rodziców powinno zająć się opieką nad dzieckiem/dziećmi, a które nadal toczyć życie zawodowe?

Myślę, że przy niewielkiej różnicy w zarobkach – nawet na niekorzyść faceta – to właśnie ON powinien nadal pracować. Dla zachowania tradycyjnego wzorca rodziny i dla wychowania w nim potomstwa. Przy większych rozbieżnościach w wynagrodzeniu jej i jego temat jest już bardziej dyskusyjny, bo trzeba jeszcze dobrze przemyśleć wszystkie niefinansowe za i przeciw: czy obydwoje odnajdą się w zamienionych rolach i czy nie ucierpią na tym dzieci.

Przy dużych różnicach w wysokości pensji to nie ma już nad czym myśleć. Pozostaje tylko rzec: “do pieluch i garów, chopie!”. I rób to tak, aby w oczach swojej kobiety nadal pozostać atrakcyjnym samcem, z którym nadal będzie chciała wymieniać geny.

Gosposia z jajami

A często, kalkulując “za i przeciw” pod kątem “tu i teraz”, zapomina się o tym, że facet zamknięty między kuchnią a pralnią z czasem traci w oczach swojej kobiety na atrakcyjności: na tej tej takiej do bólu prymitywnej, ale cholernie zdrowej i potrzebnej do życia i przedłużania gatunku. Kobieta pracująca ciągle będzie miała styczność z facetami takimi, jakim ich mężczyzna kiedyś był, ale przestał być, bo swój roboczy strój zamienił na domowy fartuszek.

Owszem, jest mu wdzięczna za to, co on robi dla ich wspólnego domu i dla dzieci, chwali obiadki przygotowane przez niego, ale nie odnajduje w nim już tego samca, na którego widok uginały się jej kolana i w którym widziała myśliwego, który do domowej jaskini potrafi przyciągnąć za jaja ciągle żywego byka, by dopiero tam go ukatrupić.

Tak czy inaczej: nie zapominajmy się wspierać

Bez względu na to, które z rodziców pracuje, a które zostało w domu z dziećmi, na obydwojgu ciąży obowiązek wzajemnego wspierania się. Jest to potrzebne i jej i jemu. Nieważne, która połówka pracuje, a która została w domu. Ważnym jest, aby osoba pracująca, w miarę swoich możliwości, pomagała w domowych obowiązkach swojej połówce, a osoba zostając w domu też pamiętała o trudach roli osoby pracującej.

A może by tak dzieci wysłać do żłobka/przedszkola?

Jest to bardzo dobry pomysł. Skorzysta na nim nie tylko domowy budżet, ale również samo dziecko. Babcie babciami, ale… to już temat na oddzielny wpis :)

Subskrybcja
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Wbudowane komentarze zwrotne
Pokaż wszystkie komentarze
Damian

Nasze pokolenie jest jeszcze naznaczone wzorcem naszych rodziców, czyli PRL. Ojciec do pracy a matka z dziećmi przy garach i praniu. Czy to jest słuszny wzorzec? Chyba wszystko zależy od przychodów rodziny i tego na jakim poziomie ona żyje. Klasa średnia często prowadzi biznesy, którymi zajmują się obydwoje i dzieci takiego małżeństwa łykają całkowicie nowy wzorzec. Dziecko klasy średniej nie będzie potrafiło zrozumieć świata dziecka z klasy robotniczej.

Waldek

U mnie był ten problem że przed 1-szym dzieckiem oboje z żona zarabialiśmy dobrze i obydwoje byliśmy gotowi poświęcić się dla wychowania maluchów. Gdy już niby wszystko ustaliliśmy i to ja zostałem żywicielem rodziny to mimo to ciągle towarzyszyła niepewność czy na pewno to dobry pomysł. No i zapytanie gdzieś z tyłu głowy czy w pewnym momencie nie dojdzie to wzajemnych wyrzutów. Ale czas pokazuje że to był dobry wybór. 7, 5 i 3 latka są szczęśliwe że mają mamę a tata jest tym wytęsknionym, gdy wraca z pracy :-)