Zboczenia zawodowe są solą codzienności :)

Pewnego razu z Oblubienicą Mą Kobietą wybraliśmy się na zakupy do pobliskiej galerii handlowej. Głównym celem była drogeria Rossmann, gdzie zwykle uzupełniamy nasze zasoby kosmetyczne. W drodze na znienawidzone przeze mnie stoisko z tuszami do rzęs, lakierami i innym niejadalnym paskudztwem zatrzymaliśmy się na chwilę przy jednym regale, na którym poukładane były miniaturowe wersje swoich dorosłych odpowiedników: past do zębów, rozmaitych żeli, szamponów, płynów i cholera wie czego jeszcze. Jednak nie o te przykurcze mojej chodziło, a o jakieś coś do pielęgnacji dłoni, którego multum również było zakwaterowane na owym regale.

Sięgnęła po jakąś przezroczystą buteleczkę i zapytała mnie, co o tym myślę. Wziąłem do ręki opakowanie i intuicyjnie wzrok skierowałem poniżej nazwy produktu, bo tam zwykle umieszczają informację „szto eto”. W ręku trzymałem „Splash gel” – słowo splash od razu w zwojach mózgu mojego uruchomiło machinę skojarzeń: splash – splash screen – Linux…. Półżartem więc odpowiedziałem, że to coś w buteleczce, to jakiś żel linuksowy…

Po chwili parsknąłem śmiechem: powyżej „Splash gel” znajdowało się logo produktu, a nad nim… pingwin :) I to ja jestem zboczony zawodowo, czy może autorzy etykietki, którzy swój “splash gel” ozdobili podobizną pingwina?

Splash gel by Rosmmann
Splash gel z pingwinem :)

Jedno jest pewne: ktoś tu jest zboczony, i tym ktosiem jestem ja. Przykładów mojego patrzenia/myślenia przez pryzmat pracy i hobby jest całe mnóstwo :)Romantyczny, wiosenny spacerek po okolicy, przerwaliśmy sobie na szczycie pewnego pagórka. Znaleźliśmy miejsce, w którym mogliśmy dać odpocząć nogom, ciężar naszych ciał powierzając pośladkom. Przed nami rozpościerał się widok charakterystyczny dla południowych obrzeży naszego miasta: panorama. Jak na dłoni mieliśmy kawał miasta – głównie osiedla domów jednorodzinnych. W ich dachach odbijały się promienie zachodzącego słońca.

Towarzyszka Ma Narzeczona przypomniała sobie o kimś, kto w jednym z widocznych przed nami domów mieszka. Wzięła i zaczęła mi tłumaczyć, który to dom, ale nic z tego nie widziałem: brązowo jakiś tam dach i écru blado oliwkowa elewacja – takie opisy, to nie dla chłopa! Zniecierpliwiony prawie to powiedziałem: „wyślij mi link” :)

Patrząc z góry na te domy czułem się, jakbym oglądał je w Google Maps i moja, zamiast wysłać mi link z np. centralnie położonym w danej lokalizacji domem, tłumaczyła mi to po swojemu. Pośmialiśmy się ze mnie, a koniec końców jakimś cudem załapałem, który to dom mi pokazuje. A może tylko mi się wydawało?

Innym razem chwaliła kolory elewacji pewnego budynku. Nie podzielałem jej zachwytu, ponieważ w wyobraźni widziałem ten dom w świetle o innej, niż popołudniowego słońca, temperaturze barwowej.

Czasem Ona oczekuje ode mnie tego, że razem z nią westchnę na widok jakiegoś krajobrazu lub czegoś, co ja nazywam kadrem. No właśnie: ptaszki, chmurki, promyczki słonka, dróżka, rzeczka i domek na szczycie wzniesienia nie jest w stanie mnie ruszyć, jeśli kadr psuje mi słup postawiony przez jakiegoś bęcwała nie mającego pojęcia o kompozycji.

Parę razy zdarzyło mi się też kontynuować rozpoczętą w przeszłości myśl. Po dorzuceniu do niej kolejnych paru kilobajtów danych chcę to zachować używając do tego celu skrótu Ctrl+S.

Ogólnie rzecz biorąc coraz częściej łapię się na tym, iż patrzę i myślę, jakby zakończeniem moich nerwów wzrokowych był obiektyw, a wszystko co widzę, odpowiadała karta graficzna. Śmieję z siebie, a Zuza śmieje się ze mną :)

Zastanawiam się, jak wiele osób tak ma? Może ktoś z Was złapał się na tym, iż myśli pracą, myśli pasją i nieświadomie uprawia swoje hobby nie mając nawet potrzebnych do tego rekwizytów? :)

Subskrybcja
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Wbudowane komentarze zwrotne
Pokaż wszystkie komentarze
przemo

U mnie moje zawodowe zboczenie jest niestety przyczyną wielu cierpień wszelakich. Na przykład, jako grafik i jednocześnie zapalony kinofil, czasem zmuszony jestem znosić okrutne męki na widok moich ulubionych filmów sprzedawanych w okładkach wołających o pomstę do estetycznego nieba. Chcę sobie taki film kupić i po prostu nie jestem w stanie, bo myśl mą wciąż prześladuje fakt, że takie coś będzie straszyć na mojej półce. Ciężki dylemat. Przykładowo: Właśnie dowiedziałem się że w Polsce ukazuje się świetny film Kiyoshiego Kurosawy (nie TEN Kurosawa, ani nie rodzina ;)) pt. “Cure” (Kyua) ale widok okładki skutecznie odstręcza mnie od kupna tego klimatycznego… Czytaj więcej »

Mik

mnie denerwuje jak jakiś filmowiec partoli swoją robotę pokazując różne sprawy bez zgłębienia ich istoty. Z szacunku do widza powinien przyłożyć się do wierności swojego przekazu. Nie mówię już nawet o jakichś bardzo zaawansowanych zagadnieniach ale nawet o tym, że w niektórych filmach/serialach nowoczesne telefony Samsung, LG, Sony-Ericsson dzwonią dzwonkiem Nokia Tune nagranym najprawdopodobniej z któregoś z monofonicznych modeli. Takie niechlujstwo jest doprawdy żenujące :-(

szuman

@[b]Przemo[/b], mistrzu mój! :D naprawdę nie jesteś w stanie przeżyć kiepskiej okładki ulubionego filmu? Może jakąś kartkę wkładaj w okładkę i oryginalną zasłaniaj? ;)

@[b]Mik[/b], fakt, w filmach czasami są prawdziwe popisy niewiedzy ich twórców. Był taki jeden thriller o fotografie, który zdjęcia robił w niemożliwych warunkach! Z kolei mój szwagier, skoczek spadochronowy i pilot, często wkurza się, jak wciskają na filmach kit i pokazują dekompresję w zmyślony przez siebie sposób.

przemo

:
próbowałem :D
Ale moje zboczenie jest już chyba na zbyt zaawansowanym etapie.
Myślałem o laserowej drukarce, śliskim papierze i własnej okładce – z tym że własnoręczne dzieła jakoś nie cieszą mnie tak bardzo jak cudza dobrze zrobiona robota.