W Polsce robi się z ludzi debili

Dziwny jest nasz kraj: dziwne zwyczaje i mentalność panują zarówno u tych na górze, jak i tych na dole. Tu, w Polsce, ludzie chyba wierzą tylko w to, że dostać coś mogą, jeśli:

a) zapłacą haracz temu, kto nad nimi
b) ten nad nimi z łaski swojej da im to, co normalnie im się należy i jeszcze każe sobie za to dziękować.

Mam nadzieję, że nie ma wierzących w opcję “c”: po zapłaceniu haraczu trzeba liczyć na czyjąś łaskę, by dostać to, co się należy.

Piję do transmisji meczy polskiej repry na Euro 2008. Awantura o mecze Polaków trwa (abo tylko Polsat, abo nie TVP, abo nie w publicznym kanale, abo zróbcie coś!!!). Wstyd, żeby sam przedstawiciel UEFA musiał się zwracać do zaszczutego narodu polskiego, głaskać go po główkach i uspokajać: “Nie martwcie się. Mecze waszej drużyny obejrzycie w publicznym kanale, bo gwarantuje wam to prawo”.
W tym miejscu stolec mnie obchodzi, czy plota o meczach naszej repry (jakoby tylko w komercyjnym Polsacie) nie jest swego rodzaju fudem sianym przez TVP. Ale, jak pisałem, gówno mnie to obchodzi, bo wiem, że mecze obejrzę we własnym domu bez dodatkowego cudowania z poszerzaniem pakietu programu czy podpisywania umowy z kolejną telewizją.Inny przykład (przykład znajomej osoby): umowa z firemką świadczącą “przy okazji” usługę dostępu do internetu. Firma naprawdę niewielka (biorąc pod uwagę liczbę abonentów i zasięg), została z czasem włączona do grupy Chello (chyba tylko ze względu na nazwę) i śmiało sobie poczyna:

– a to net nie działa
– a to ciężko skontaktować się z właścicielem
– a za biuro obsługi klienta robi jakiś sklep na mieście
– a umowa, to raczej nie umowa

“Umowa”…:) Nie wiem, jak wygląda prawidłowo tworzona umowa o świadczenie takich usług, ale ja pod ręką mam dwie umowy z dwoma różnymi dostawcami i obydwie składają się z 6-8 stron A4. Mam tu wszystko, co mieć powinienem: prawa i obowiązki obydwu stron, zasady reklamacji, terminologię, sposoby kontaktu, rozliczania się itd.
A umowa z pachołkiem “Chello”, którą właśnie obszydzam, jest jedną, marną A4, która przypomina lakoniczną informację ofertową napisaną dużą czcionką:
dostęp do internetu za XX zł miesięcznie, firma nie ponosi odpowiedzialności za pliki ściągane itd. płacić należy do… w….
I TYLE! Może to jest OK, może OK nie jest, ja się na tym nie znam, ale na mój gust – gust średnio wymagającego konsumenta – to nie nadaje się nawet do podtarcia dupy!

Bo w Polsce robi się z ludzi debili…

Subskrybcja
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Wbudowane komentarze zwrotne
Pokaż wszystkie komentarze
Seba0p

mam puytanie w związku z Joomla
pamietasz ten wpis kiedy pisales jak mozna i wrywają się do jomla za pomocą RG? testowałem to na innej stronie i wyskoczył mi komunikat : Restricted access co to może znaczyc?

przemo

Na mentalność narodową lekarstwa nie ma: nasi rosyjscy sąsiedzi na ten przykład bardzo lubią być rządzeni twardą dyktatorską ręką i u nich nigdy żadna demokracja długo sie nie ostała.
Kfiat polskiej młodzieży, przywykły już do heroicznych zrywów o wolność, gdy zapotrzebowania na takie zrywy nie ma, wyżywa sie na stadionach. No i społeczeństwo ogółem – tak jak napisałeś, bardzo przywiązane do uległościowej, żebraczej postawy. To akurat tłumaczy też czemu w Polsce karierę zrobił taki a nie inny światopogląd religijny.

waldek

Polakom ciężko zrozumieć, że za darmo nic nie ma i że albo trzeba zapracować albo zapłacić. Najgorsze jest jednak to, że nasi rodacy w większości nie mają pojęcia, jakie prawa im przysługują i często dają się łapać cwanym i zarazem nieuczciwym firmom. Po to właśnie są instytucje i placówki typu UKE czy RPO aby wspierali konsumentów w walce z gnidami.

szuman

@Seba0p, Restricted access = ograniczony dostęp, ale nie napisałes co dokładnie testowałeś, gdzie i kiedy Ci to wyskoczyło…

@przemo, nas też kiedyś socjalizm pięknie prowadził za rączkę (trzymając ją w żelaznym uścisku).

@waldek, niektórzy chyba nawet nie mają pojęcia o istnieniu rzeczników praw konsumenta etc…

CoSTa

Umowa naprawdę nie musi mieć iluśtam stron. Ważne by określała, czego tak właściwie dotyczy (świadczenia usługi dostępu do internetu) a całą resztą zajmuje się stary, dobry kodeks cywilny. I już. Naprawdę nie trzeba podpisywać dziesiątek stron z wyłączeniami małym drukiem gdzieś na zewnętrznej stronie okładki by umowa była ważna a obydwie strony miały swoje prawa i obowiązki.

szuman

@CoSTa, jak pisałem: nie znam się na tym zbytnio, ale myślę, że jednak umowa trafiająca do rąk abonenta powinna zawierać coś więcej, niż adres instalacji, terminy płatności i miejsce, gdzie tych wpłat należy dokonywać. Bo z tej umowy jasno wynika tylko kto komu, kiedy i ile płaci. Kodeks cywilny to swoją drogą, ale co w przypadku reklamacji, kiedy usługodawca na piśmie niczego nie gwarantował? :)

CoSTa

szuman:
Jeszcze warunki świadczenia usługi by się przydały bo w sumie z tego co piszesz jak na razie to nie jest żadna umowa :)