Im dłużej myślę, tym dłużej się zastanawiam. Im więcej plusów jednego, tym więcej minusów drugiego. Im więcej nie wiem, tym mniej wiem. Kurde! O wyborach prezydenckich 2010 już raz pisałem, konkludując, iż
tak źle jeszcze nie było. No, jak piwo kocham, nie mamy sensownego kandydata. Nie ma między kim wybierać. W 2005, żegnając Aleksandra Kwaśniewskiego, wskazywano na brak godnego jego następcy. Czy po pięciu latach zmieniło się coś w kwestii atrakcyjności kandydatów? TAK! Na gorsze...
W roku 2010 przyjdzie wybierać między awanturniczym, rządnym władzy - najlepiej absolutnej - Jarosławem Kaczyńskim, a bezbarwnym, do wkurzenia spokojnym, pozbawionym temperamentu i charyzmy Bronisławem Komorowskim. Do dupy z takimi wyborami! Nie ma kandydata, którego z czystym sumieniem, od serca bym poparł, toteż pozostaje mi głosować „przeciw” temu lub tamtemu. Nie ma „za”! A im dłużej myślę, tym bliżej mi do głosowania na Kaczyńskiego. Im mocniej staram się wyobrazić sobie najbliższych 5 lat z Komorowskim w roli głowy państwa, tym bardziej frustracja mnie trafia. Ja tego gościa nie widzę na czele narodu! Bez polotu, obło i drętwo w przemowach jego - tylko chrupnąć coś na sen i zapić małpką, a jak skończy, niech ktoś obudzi.
Coraz częściej i coraz poważniej zapytowywuję sam się: czy naprawdę jestem przekonany do tego, by swój cenny głos oddać na gościa, który mnie usypia i którego partia chce go wepchnąć przekonana, że naród znowu zagłosuje „przeciwko” PiS? Im częściej powyższą rozkminę w głowie swej załączam, tym silniejszy wewnątrz mnie narasta opór. Coś się broni przed Bronisławem, a do wyborów jeszcze szmat czasu...
A gdybym tak zagłosował na Kaczyńskiego? Nie wiem czy w pierwszej, ale na pewno w drugiej turze? No co by było? Co czuję na tę myśl? He, wesoło mi się robi :) Taa, szmat czasu do wyborów i mój głos nadal jest do wzięcia. Lub do stracenia.
W latach 2005-2007 bardzo znielubilśmy Jarka, no co z resztą on sam ciężko pracował. Dziś Jarosław znów wrócił do gry o jedno z najwygodniejszych, ale i najgorętszych, siedzisk w Polsce. Wygląda na zdeterminowanego; on chce te wybory wygrać, ma świadomość tego, że bardzo korzystny wiatr zza niego wieje i wie, jak ustawić żagielek, aby wypłynąć na swoje. Image zmienił, internet jest cacy, wizerunek też jakby cieplejszy (a przynajmniej zagrzany z zewnątrz). Ale chce wygrać, a jego kontrkandydat istnieje tylko dlatego, że ma za sobą partię. Bez PO - nie oszukujmy się - Bronek w wyborach prezydenckich nie miałby większych szans.
Jedną z głównych zalet prezydentury Jarosława Kaczyńskiego byłaby równowaga. Przyznam się szczerze, że nie podoba mi się pomysł całkowitego zdominowania przez PO machiny ustawodawczej. W tym kontekście najchętniej na stanowisku prezydenta widziałbym kogoś z lewicy, ale że gra toczyć się będzie między Bronisławem a Jarosławem... Mawiano, że Lech Kaczyński był hamulcowym, na niego też zwalano winę za nierealizowanie obietnic wyborczych przez PO. Znając styl Jarka, on jeszcze chętniej dokuczałby rządowi, ale z drugiej strony nie bałby się postawić. Pamiętacie, jak głośno było o tym, że Tusk chce internet cenzurować? Ja pamiętam. A wiecie, że wielu prorządowych internautów w panice sporządzało i podpisywało
list do Lecha Kaczyńskiego z prośbą o zawetowanie ustawy o rejestrze stron zakazanych? Ja to widziałem (może nawet coś podpisałem? ;)) i doskonale pamiętam. Okazało się wtedy, że społeczność internetowa właśnie w prezydencie Kaczyńskim widziała ostatnią deskę ratunku. Dla Tuska i reszty byłoby to nie do strawienia, gdyby doszło to sytuacji, w której elektorat PO prosi tego najgorszego o taką pomoc. Prezydent Jarek mógłby być takim samym kołem ratunkowym, po które w krytycznym momencie można sięgnąć i chronić swoje interesy przed zapędami rządu Platformy. Bronek prezydentem = hulaj PO, weta nie ma.