
Jestem Windowsiarzem z pewnymi odchyłami w kierunku Linuksa. I dobrze mi z tym – tak dobrze, że nawet wyleczyłem się z choroby, na którą wielu pecetowców choruje, a która zwie się „chcę mieć jabłuszko”.
Hermetyczne środowisko Apple, jak ten zakazany owoc kusi. Ugryziony nęci tym bardziej. Być w elicie, mieć ten nietani, bajerancki gadżet z ugryzionym jabułkiem w logo. Niektórzy chorzy na Apple poddają się chorobie, kupują i ciągle kupują, a inni marząc męczą się, czasem próbując Linuksa bądź Windows upodobnić chociaż do Maca. Hackintosh – to już wyższa szkoła i nielegal, jak wejść na zamkniętą imprezę, ale pod stołem siedzieć. Spod obrusa widzieć i czuć, ale nie móc powiedzieć „to jest dla mnie”.
Niektórym, jak np. mi, przechodzi. Miałem fazę na Maka, lecz gdzieś w pewnym momencie zauważyłem, że przeczę samemu sobie popadając w paradoks. Windowsa krytykuję za brak otwartości, w społeczności open source czasem pachniało mi jakimś sekciarskim fanatyzmem, a chciałem Maca? Chciałem produkt Apple, który jest esencją wymienionych w poprzednim zdaniu wad Windy i Pingwina! Pragnąłem elastyczny, dający wiele swobody świat PC zamienić na cholernie ograniczony ogród Stevea Jobsa! Geniusza marketingu, który jest w stanie otumanić człowieka i wcisnąć mu wszystko! Pojebało mnie? Chyba tak. Albo i nie. Sam nie wiem. Tak i nie chyba.
No tak, w hermetycznym jabłuszkowym światku wszystko działa cycuś glanc. Wszystko, co tam się znajduje, współgra ze sobą wręcz koncertowo. Jest super i nie ma zgrzytów. O tak, o tym właśnie marzyłem i to właśnie miłością platoniczną kochałem. Ale czy aby na pewno to była miłość? A może tylko zauroczenie, które po czasie mija, a razem z nim spada czapka niewidka z wad i niedoskonałości? Coś trochę jak w miłości, o której
definicję przecież sam się kiedyś pokusiłem.
Mam zestaw programów, bez których pracy sobie nie wyobrażam. Mam kupę przyzwyczajeń, których zmiana na inne zajęłaby mi sporo czasu, podobnie jak dobranie zamienników dla pecetowego softu (tam, gdzie byłoby to konieczne). Marząc o Jabłku byłem gotów znieść taką przeprowadzkę; nauczyłem się Windowsa, nauczyłem się Linuxa, to i Maca ogarnę.
Ja jeszcze marzyłem, a Draqu już sobie kupił. Poprosiłem go wówczas o zrobienie screena mojego w bloga w Safari pod Mac OS X. I pierwszy zgrzyt: na screenshota musiałem poczekać do wieczora, bo pod Makiem nie wystarczyło wciśnięcie jednego guzika na klawie i zapisanie obrazka. Tam było inaczej, magia czarna, na którą cholera mnie wzięła – skoro tak banalna rzecz po przesiadce jest problemem, to ile jeszcze takich podobnych w cenie maczka? Ciśnienie, jakie miałem, by wejść do jabułkowego świata, diametralnie opadło. Ja komputera używam do pracy, a nie do zabawy. Gdybym miał czas na zabawę, to miałbym i na przyswajanie jabłkowych inności.
Kaprysy Jobsa
Gdy
przeczytałem o zgrzytach na linii Steve Jobs - Adobe w sprawie Flasha, pomyślałem: ten gość może mieć między uszami nie po kolei. Jobs postanowił bowiem tupnąć nóżką i pozbawić użytkowników możliwości korzystania z Flasha. Bo dziurawy i zasobożerny? Co z tego, skoro tyle ludzi z tym żyje i mają się dobrze? Bo sprawia problemy na makach? Flasha do piachu, iProblem górą!