Dziś rocznica. Nie planowałem żadnych okazjonalnych wpisów, czy też umieszczania jakichś okolicznościowych motywów graficznych. Od początku myślałem o tym, że rocznicę „katastrofy smoleńskiej” po prostu przemilczę i jak każdy rozsądny człowiek skupię się na swoich własnych myślach, po cichu wspominając sobie siebie w ten fatalny, historyczny dzień.Obok manifestacji, marszów, tysięcy mszy, uroczystości i wieńców, obok tych wszystkich transparentów, przemówień, odgrzanych galerii i materiałów telewizyjnych, przejdę sobie skupiony na swoich własnych, wewnętrznych pamiątkach z 10 kwietnia 2010 roku.
To co prawdziwe, nosimy w sobie. To, co indywidualne, jest nasze i jest ono prawdziwe. A obok cała ta widoczna otoczka, którą niektórzy lubią lub lubić muszą, bo tak każe zwyczaj, tak każe tradycja, bo tak każą ogólnie przyjęte formy. Im zostawiam uroczystości związane z rocznicą masakry katyńskiej i przyćmiewającej jej rocznicy zeszłorocznej katastrofy Tu-154M. Uroczystości, tablice, wieńce i patetyczne przemówienia nie są dla mnie.
Mnie interesuje to, co nieoficjalne. To, co indywidualne i to, co zostało przemilczane. To, co siedzi w każdym z nas od momentu katastrofy. Nie dramatyczne wypowiedzi spod krzyża i nie zapłakane oczy ludzi, do których jeszcze nie do końca dotarło to, co się wydarzyło, ale zawsze kochali prezydenta.
Interesuje mnie to, co po roku każdy z nas może wyjąć ze swojej pamięci i czym może na chłodno podzielić się z innymi.
Innymi słowy: chcę zapytać Was o to, w jakich okolicznościach dowiedzieliście się o katastrofie i jaka była Wasza pierwsza myśl. Druga, trzecia i kolejne też, bo informacji takiego kalibru nie da się przetworzyć jedną myślą. Bardzo chciałbym poznać prawdziwe reakcje ludzi, na których nikt przez obiektyw nie patrzył. I te najzwyklejsze myśli, które przeplatały się przez głowę, a które – z racji wagi przeżycia – utrwaliły się w pamięci.
Zacznę od siebie.
10 kwietnia obudziłem się tuż po godzinie dziewiątej rano. Ze swoją przyszłą żonką byłem u swojej przyszłej szwagierki i jej przyszłego męża, którzy mieszkają sobie w Krakowie (ok. 125 kilometrów od naszej Dębicy). Pojechaliśmy do nich na weekend: pomieszkać, nacieszyć się swoim towarzystwem, a przy okazji zrobić Dorocie i Tomkowi trochę przedślubnych zdjęć (
oto one).
Sobota była drugim dniem naszego pobytu. Obudziliśmy się tuż po godzinie dziewiątej: jak tylko daliśmy znak niespania, Tomek wparował do pokoju, włączył komputer, wlazł na jakiś portal i to, co przeczytał, skomentował krótko „
Ja pierdzielę. To niemożliwe”. Ten krótki komunikat wydarł mnie z łóżka skuteczniej, niż zapach kawy i jajecznicy na boczku. Tomek czytał doniesienia z sieci, a w międzyczasie w ruch poszedł telewizor. Śniadanie... było gdzieś jakby obok.
Pierwsze myśli, pierwsza reakcja
Informacja tak nieprawdopodobna, że potrzebowałem czasu, aby ją przyswoić. To była jakaś abstrakcja, którą starałem się ułożyć w sensowną, logiczną treść i nazwać po swojemu. „Sto osób, wszyscy zginęli: prezydent, jego żona i cała litania ludzi, którzy często grali mi na nerwach”. Mój stosunek do nich był emocjonalny: to nie byli obojętni mi ludzie. Że zginęli? Nie, nie cieszy mnie to! Wszyscy? To niemożliwe!
„Na pewno ktoś przeżył!” „Skąd wiadomo, że zginęli wszyscy, skoro jeszcze do wraku żadne służby nie dotarły?” Powoli uświadamiałem sobie nie to, co się stało, ale to, co takie wydarzenie – jeśli nie jest jakimś chamskim, medialnym blefem – oznacza dla naszego kraju. Wystraszyłem się wizji chaosu, totalnej dezorganizacji, bezprawia i wolnej amerykanki na górze.
Lech Kaczyński z ludźmi ze swojego środowiska stanowili równowagę dla rządu PO i PSL i taki balans w polityce mi odpowiadał (o czym wielokrotnie tutaj pisałem). Teraz go nie ma? Prezydent nie żyje? Nie ma prezydenta Kaczyńskiego, choć przez ponad pół roku powinien jeszcze być?
I przypomniały mi się słowa Wałęsy, który w jednym z wywiadów stwierdził, że kadencja Lecha Kaczyńskiego nie potrwa tyle, ile powinna. Że skończy się wcześniej. Te słowa były wypowiedziane w odniesieniu do modnego wówczas tematu o skróceniu kadencji Kaczyńskiego lub podania się go do dymisji. Okazało się, że Wałęsa nie mylił się. Niesamowite.
Później, już w trakcie śniadania, pomyślałem o tym, że teraz na mur beton będzie żałoba narodowa. I że jak na ironię żałoba narodowa będzie ustanowiona z powodu śmierci tego, który do niedawna nią szastał i ustanawiał po wydarzeniach, które na nią nie zasługiwały. Co za ironia losu. Sam ustanowił tyle żałób w tak krótkim czasie, a teraz ta największa i najprawdziwsza zostanie wprowadzona właśnie po jego śmierci.
Tylko czy to wszystko prawda? Czy to nie jakiś dziwny sen? Taka katastrofa, tyle osób takiej rangi... I to w takim miejscu, w rocznicę...
Ja pierdzielę! To niemożliwe.
Właśnie tak wspominam 10 kwietnia 2010 roku. Nie wiem, co mnie skłoniło do wyciągnięcia tych wspomnień w całości. Być może to, że przedwczoraj, w piątek, pogoda była cholernie podobna do tej, jaka towarzyszyła nam przed rokiem, kiedy w piątkowe popołudnie wyjeżdżaliśmy do Krakowa. Brrr...
Myśląc o sobie pomyślałem o innych: o tym, że różni ludzie w różny sposób musieli oswajać się z wiadomością o tak tragicznej śmierci głowy państwa i wielu ważnych osobistości. Przecież na takie wydarzenie nikt nie przygotował żadnych szablonów informowania, myślenia, odczuwania emocji. Wieść o katastrofie prezydenckiego samolotu zaskoczyła nas wszystkich. Każdy sam musiał sobie z nią radzić na swój własny, indywidualny sposób.
Dziś rocznica wydarzenia, które wywołało potężne zjednoczenie się myśli i uczuć w jedną wielką całość. Całość zawierającą dziesiątki milionów unikalnych pierwiastków, z których choć część chciałbym teraz poznać. Jak zapamiętałeś 10 kwietnia 2010/jak to wszystko wyglądało z Twojej perspektywy?
Naprawdę.
Ja pamiętam dobrze ten poranek. Byłam wtedy na szkoleniu ddy dostałam SMS od brata, że prezydent L.Kaczyński i reszta delegacji się rozbili samolotem i żebym właczyła jakieś radio albo coś. Powiedziałam to prowadzącemu szkolenie i parę osób złapało wtedy za komórki a mi przez myśl przeszło, że to musi być jakiś sen i zaraz się z niego obudzę. Koło 11 odwołano zajęcia i zwolniono nas do domu, a ja po drodze na przystanek spotkałam koleżankę z roku, która mi się rozkleiła, że to wszystko takie straszne i co teraz będzie. Ja osobiście nie byłam zdolna o tym wszystkim myśleć i chciałam jak najszybciej być w domu i włączyć telewizor. W drodze zadzowniła mama i powiedziała, że wszyscy nie żyją i nikomu w domu nie chce się o tym gadać, a ja na to że za chwilę będę. Trudno tak słowami opisać to co czułam wtedy :-/ Nie pamiętam swoich myśli, ale moment odwołania zajęć pamiętam jak by to było wczoraj. Brzmniao to trochę jak alarm o ewakuacji która później okazywała się ćwiczeniami.
No ale tyle pisania bo czas uciekać do pracy, w kórej bym była gdyby nie to szkolenie. Mam nadzieję, że nie zbesztacie mnie za komentarz ale nie mam wprawy i rzadko coś komentuję ;-)
Tego dnia wstałem późno. Jak zwykle, zasiadłem z zaparzoną herbatą przed komputerem, żeby poczytać poranne newsy. Zaraz po zalogowaniu wyskoczyły mi dwa okienka Mirandy. „Słyszałeś co się stało? Rozbił się samolot, pół rządu zginęło” przeczytałem w pierwszym. „Tylko pół, to słabo” — odpisałem, będąc pewnym, że to kolejny dowcip kumpla-żartownisia. Ale zanim mi odpisał, że to nie dowcip, przeczytałem tę samą wiadomość od kumpeli w drugim okienku, a zaraz potem wyświetliły mi się nagłówki RSS z wiadomością o katastrofie.
Tego dnia herbata mi ostygła…
—————
Nie tylko Marcin wpadł na pomysł zgromadzenia wspomnień. Ja już się udzieliłem tu: http://t.co/Sd9ftwo
Żeby nie zmuszać do klikania, przekleiłem treść powyżej.
To ja, w przeciwieństwie do Marcina, nie obawiałem się o funkcjonowanie państwa. Jak nieco przytomniałem, to moją pierwszą myślą było, że PiS dostał paliwa na kampanię wyborczą. Potem omal dałem się przekonać, że będzie pojednanie narodowe, ale jednak mój sceptycyzm i cynizm okazał się lepszym prorokiem.
Dziś, podobnie jak większość, tak bardzo rzygam tą awanturą i bzdurami, że nie jestem w stanie przeżywać żadnej żałoby. Muszę wręcz hamować swoje reakcje obronne w postaci złośliwych tekstów
Potem przyszła refleksja:
Zacząłem obawiać się, że wydarzenie takie jak to -przepraszam za wyrażenie- dosłownie z nieba spadło PiSowi i stanie się wodą na młyn jego retoryki. Nie myliłem się, bo politycznie odchodzący już niemal do lamusa Jarosław, wykorzystując nastroje po katastrofie niemal wygrał wybory. Jeszcze przez długi czas będą na tym koniku jechać, dobrze chociaż że już pierwsza i największa fala narodowej histerii minęła.
Szkoda, że ludzki wymiar tej tragedii został przysłonięty polityką i że przez ten polityczny pryzmat wspominane będzie to wydarzenie.
Wszyscy dookoła do znudzenia trują o śledztwie, o zgrzytach między Rosją i polskim rządem, polskim rządem i PiS-em itd. i sam, jak większość, mam tego piekiełka dość. Chciałem od tej innej strony poruszyć temat.
Dzięki za podzielenie się swoimi myślami ze mną i innymi Czytelnikami bloga. Szkoda, że temat tak się upodlił, bo nawet na spokojnie, ze znajomymi, trudno pogadać w taki sposób, jaki tu zagaiłem.
Tak oczywiście, smutno...kolejna tragedia, kolejny wypadek...
Śmierć jest obecna w naszym życiu, a tak trudno nam się z nią pogodzić.
Co dziś czuję?
W "Newsweeku" napisano:" te smoleńskie ofiary nie będą darem na przyszłość, jeśli sami się nie zmienimy"
I zmieniliśmy się?
Nadal trwa walka między partiami, i do tego się wykorzystuje religię i Smoleńsk.
To mnie boli.