Korzystając z okazji... wróć. Korzystając z mojego zjebanego nastroju pragnę obwieścić, że wszystko, kurwa, jest super. Wszystko jest zacne i fajne, a kluczowym tego czynnikiem jest nastawienie człowieka. No bo bez pozytywnego myślenia nie ma pozytywnych zdarzeń. Ke? A ja, proszę ja Was, tego nastawienia dziś nie mam. Kompletnie. Nic. Zero. Null. Lipa na całej linii. Nic, tylko poharatać sobie tętnice niczym bezpłciowe emo.
Wiecznie żywy tekst kawałka „Każdy ma chwile” (Grammatik and Fenomen) płynie z głośników przy akompaniamencie bitu z pianinkiem. Coś dziś pękło we mnie, co sprawiło, że znowu spotkałem tę smutniejszą twarz życia. Jakoś tak samo z siebie i nieoczekiwanie. Nie wiem, może nie może być roku bez takiego stanu? Bo to chyba pierwszy taki mój emocjonalny dołek od czasu, kiedy napisałem kawałek „
Nowy dzień”. Możliwe, że przynajmniej raz do roku trzeba (najlepiej pod koniec kalendarza) złapać inne częstotliwości i wobec nich pewne rzeczy sobie przemyśleć i poukładać? Taki rachunek sumienia przed wejściem w nowy rok.
Przyznam, że nie spodziewałem się takiego stanu. Cały rok minął w sumie zajebiście - do tego wręcz stopnia, że zapomniałem o tym, że można czasem mieć gorsze chwile. A dziś, od kilku już godzin sam sobie siedzę, co jakiś czas wracam na kilka przesłuchań do wspomnianego wałka „Każdy ma chwile” i rozmyślam sobie nad wszystkim. Chyba jest mi to potrzebne; wyczuwam już ulgę, którą dostanę w nagrodę, gdy ten duchowy czyściec się skończy.
Wahałem się, czy pisać o tym na blogu. Tak osobistych tekstów nie zwykłem tutaj zamieszczać, ale pal licho. Nie jestem w końcu żadną maszyną, wiecznie zadowoloną i pełną energii. Jestem tylko człowiekiem, który może mieć czasem gorszy nastrój i potrzebę dania upustu negatywnym emocjom, które gdzieś w głębi jego duszy zdążyły się nagromadzić. Jestem tylko człowiekiem, choć chyba w pogoni za czasem zdarzało mi się o tym zapominać. Mijający rok nie był łatwy; właściwie był jednym z najtrudniejszych dla mnie w ostatnich kilku latach. Teraz dopiero to czuję - chyba przez te święta i kupę wolnego czasu z nich wynikającego mogło to złe ze mnie wypłynąć i dotrzeć do świadomości.
W sumie to dobrze, że akurat teraz. Miałem okazję pobyć sobie sam i jestem z tego rad, bo lepsze są takie rozkminy w samotności, niż trucie innym życia swoją kwaśną miną. Tym bardziej, kiedy nie czuje się potrzeby wyspowiadania. Tak już jest, że "nawet najtwardsi mają chwile, kiedy potrzebują klęknąć".
Melisa się parzy, a mi się powoli poprawia. Szkoda bólu brzucha (nerwica żołądkowa, nerwobóle, czy jak to się tam jeszcze zowie), ale... chyba jednak trochę mi go brakowało :) Czuję, że żyję; dawniej takie stany miewałem częściej. Do późnych godzin wieczornych, jak jakiś gówniarz wyżywałem się w opisach gg waląc dołujące fragmenty tekstu „Każdy ma chwile” i czekając, aż ktoś zAkLiKa i zapyta, czy wszystko ok. Nikt nie zareagował, co zgodnie z moimi depresyjnymi oczekiwaniami jeszcze bardziej mnie zdołowało ;) Ulżyłem sobie. Chwilami czułem coś na kształt zazdrości skierowanej do emo - ci to mają, kurde, doświadczenie w kontrolowaniu takich jazd! Mi pozostała improwizacja i tęgie refleksje nad wszystkim, co przez ostatnich około 20 miesięcy u mnie się wydarzyło.
3:08. Idę spać.