Janusz Kochanowski, Rzecznik Praw Obywatelskich z błogosławieństwa PiS-u, swój debiut na moim blogu ma już za sobą. Swoje pięć minut dostał, gdy straszył minister zdrowia, Ewę Kopacz, doniesieniem na nią do prokuratury, jeśli ta nie ugnie się pod jego żądaniami i nie podejmie natychmiast decyzji o zakupie niesprawdzonych szczepionek przeciwko A/H1N1. Rzeczony wpis „Rzecznik Praw Obywatelskich straszy minister zdrowia” znajdziecie
tutaj.
Minister Kopacz wykazała się nie lada jajami i nie ugięła się pod naciskami. Szczepionek nie kupiła, a czas pokazał, że była to słuszna decyzja, bowiem pandemia świńskiej grypy skończyła się razem z niewiedzą społeczeństwa na tema powiązań koncernów farmaceutycznych z ludźmi z WHO. Świńskogrypowe czołówki wszelakich serwisów informacyjnych poznikały jak ręką odjął; jak gdyby temat nowej, stuletniej grypy, był jedynie złym snem, z którego właśnie świat się wybudził.
Co się jednak okazało, pozostał taki Janusz Kochanowski, który tak zaciekle bronił teorii śmiertelnego zagrożenia, jakie sprowadza na Polskę mister zdrowia. No, chłop najnormalniej w świecie wyszedł na głupka i siewcę paniki. A/H1N1 znikło z mediów, nikt nie umiera, spektakl się skończył... To znaczy, że Kopacz miała rację? Niedoczekanie!
Kazał pan, musiał sam
Ludzie nie chorują i nie umierają, a media temat morderczej, świńskiej epidemii porzuciły w cholerę, więc nie pozostaje nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce. Jak inni nie potrafią, to trudno się mówi: cokolwiek stać by się miało, trzeba udowodnić Kopaczowej, że zlekceważyła zdrowie narodu, zignorowała śmiercionośnego wirusa A/H1N1 i nie zaszczepiła lewymi szczepionkami milionów rodaków.
Pojedyncze przypadki A/H1N1 nadal są diagnozowane, ale media już ich nie nagłaśniają. Trzeba coś z tym zrobić i przywrócić świńską grypę do łask dziennikarzy. Poświęcić się i zachorować, a później nagłośnić. Niech widzą, do czego doprowadziła Ewa Kopacz! I stało się:
Rzecznik Praw Obywatelskich, Janusz Kochanowski, na świńską grypę zachorował.
No i się pogrążył. Tak strasznie optował za brutalnością świńskiej grypy, za śmiertelnym żniwem, jakie A/H1N1 zbiera, że teraz, kiedy już sam zachorował na tę niewątpliwą śmierć, wypadałoby mu być konsekwentnym w bronieniu swojej tezy. Jeśli świńska grypa go nie zabije, to wyjdzie na to, że nie miał racji, strasząc ludzi i grożąc Ewie Kopacz. Jak był orędownikiem zagrożenia dla populacji narodu ze strony A/H1N1, tak teraz, jeśli nie umrze, stanie się żywym i najjaśniejszym dowodem na to, że świńska ściema nie jest wcale taka groźna i można ją wyleżeć we własnym domu i - tak, jak to koleżanka moja uczyniła - w mniej niż tydzień.
Ma chłop teraz dylemat: wyzdrowieć, stracić twarz i przyznać się do niepotrzebnego siania paniki, naiwności swojej i tego, że wygłupił się jak cholera, albo udowodnić swoje racje o śmiertelności A/H1N1 i wyciągnąć kopyta. Jeśli wyzdrowieje, to stanie się koronnym kontrargumentem dla własnych teorii.
Czy nie lepiej byłoby kwestię pochwalenia się własnym A/H1N1 przemyśleć kilka razy? Pewnie tak, ale... to było zupełnie w stylu PiS-u postępowanie: sztuczne dmuchanie afery, wzniecanie awantur i w ramach udowadniania swoich racji podpalanie lontu bez sprawdzenia, gdzie podłożony jest ładunek.
Zdrowia Panie Januszu! Zdrowia i jeszcze raz zdrowia! Męczenników nie potrzebujemy.