Stało się... choć właściwie wciąż jeszcze się dzieje. Ściągam Windows Seven RC. 7100 bulid. Nie bardzo jeszcze wiem po co, ale dowiem się, gdy zedrę, wypalę i zainstaluję. Bo może się okazać, że siódemkę wywalę po paru kwadransach, a równie dobrze może stać się taka rzecz, że nowe okna zagoszczą u mnie na dłużej. Cały ambaras tkwi w tym, że producent mojej płyty głównej (Gigabyte GA-8S661FXM) w najgłębszym zakamarku swej korporacyjnej dupy ma kwestię wypuszczenia sterowników do zintegrowanej z tą płytą sieciówki. A Win7 nie raczy jej wykryć i zainstalować, bo - no właśnie: drajwerów nie ma. Szit, szit, po siedmiokroć: SZIT!!!

Ściąga się, Seven, ściąga i wedle wciśniętego mi na chama Download Managera ściągać się będzie jeszcze dwie godziny ze sporym hakiem. Waha się ten transfer jak diabli, więc ciężko czas pozostały oszacować z dokładnością mniejszą niż do pół godziny. Strzelam, że za dwie godziny i trzy kwadranse będę jarał zassane iso na płytce. Jak będzie naprawdę, dowiem się we właściwym czasie. Teraz i tak mam na głowie sprawę ważniejszą: jaja na twardo gotuję i pilnować czasu muszę, by za długo ich we wrzącej wodzie nie trzymać. I korzystając z okazji ;) przypominam o
moim sposobie na niepękanie jajek podczas gotowania ;)
Dupa sałata, jak człowiek ma chwilę oddechu od pracy, to od razu łapskami go drze, by coś w swym kompie zmienić. Jakby mało było tego, że wciąż
leczę się z manii instalowania rozmaitych skórek i upiększaczy do XP, to okazuje się, że jeszcze jedną podobną kurację muszę sobie zafundować. Ilekroć z XP-ka zbyt mocno zawieje nudą, a pokusę instalowania entego skina uda mi się powstrzymać, tylekroć sięgam po Linuksa. Krzywa i czasochłonna jazda, ale co zrobić? XP swoje latka ma, a wokoło tyle innych, nowszych systemów...
Linuksy... na desktop nadają się najwyżej średnio. Tak naprawdę mam czasem ochotę rzec: Linux jest do dupy i szkoda czasu, aby się weń pakować. Ale wiem, że takie stwierdzenie byłoby dla systemu spod znaku Tuxa bardzo krzywdzące. Linux nie jest zły, ale trzeba mieć jaja, upór, wytrwałość i dobrze dobrany sprzęt, by na nim siedzieć bez oglądania się na inne. By całkowicie zrezygnować z trzymania pod ręką Windowsa trzeba do jaj, uporu, wytrwałości i sprzętu doliczyć jeszcze odwagę szaleńca. No, od biedy można obejść się bez powyższych przymiotów, ale wtedy i tylko wtedy, kiedy system będzie służył najwyżej do grzania procków, napędów i matryc monitorów.
Ciężko używać Linuksa. Choć okazała góra ogólnodostępnego softu na lunuksowców czeka, to tak naprawdę gówno z tego faktu wynika. Większość stanowią ubogie w swej funkcjonalności programy, obok kilka przerośniętych kobył i to ociężałe wszystko ślamazarnie porusza się w labiryncie zagadek: sterowników i zależności.
Najlepsze Linuksowe programy są podzielone na te korzystające z Qt i te jeżdżące na GTK. Efekt takiego pomieszania? Super Opera, super Kadu i super Amarok masakrycznie wyglądają w Gnome, a rewelacyjne dla innych: Firefox, Thunderbird czy Pidgin straszą swoim wyglądem pod KDE.
Oł jeee, na te moje powyżej zamieszczone zarzuty są dwa, opracowane przez społeczność, warianty odpowiedzi:
- Wariant 1: przecież w obcych środowiskach aplikacje mogą korzystać z bibliotek macierzystych środowisk, łącznie z motywami.
Odp.: A wszystko to kosztem zasobów i niejednolitego wyglądu
- Wariant 2: Po co w Gnome Amarok, skoro jest Rhytmbox? Po co w KDE Firefox - przecież jest Konqueror. Po co w Gnome Kadu, jak jest Pidgin? Po co to i tamto, skoro jest to i owo?
Odp. Po co? Po jajo! (fuck, gotują się jeszcze!!!) No, a tak jak uwielbiam Gnome, tak też szaleję za Operą, która bez pełnej instalacji KDE wygląda w Gnomie OHYDNIE! Podobnie jak inne, dla KDE pisane, programy.
Tak sobie myślę, że Linux sam sobie jest winny takiego traktowania, na jakie ciągle narzeka. Po co robić to samo na wiele sposobów? Gadka o bogatym wyborze jest pierdzeniem w kosmos, bo zamiast skupić dupę na jednym sedesie, linuxmajstry wolą dzielić klocka na wiele. Jako producent przyczepek sam bym ociągał się z wprowadzeniem na rynek modelu przyczepki dla samochodu X, gdyby producent tego X produkował swój wóz w entej liczbie odmian, a każda z nich znacząco różniłaby się poszczególnymi parametrami: a to środkiem ciężkości, a to wysokością zawieszenia, a to sterowaniem, a to czymś tam jeszcze.
To i tak wielki sukces, że takiej Operze chce się macać z Linuksem - choć, prawdę mówiąc, to macanko jest takie trochę na odwal się, bo Opera kapryśna jest w swej alternatywnej wersji. A flashplayer pod nią? Ho ho, z tym to dopiero bywają cyrki. Pod otwartymi przeglądarkami nieco lepiej z fleszem, ale i tak zdecydowanie gorzej (stabilność przez wydajność) niż na Windows.
Debian, to jedyna moja linuksowa fascynacja. Super system, jeśli tylko ma się dla niego dość czasu. Tam, gdzie trzeba, jest łatwy (zarządzanie pakietami), a jednocześnie daje dużą swobodę w kształtowaniu go pod siebie (na dziyńdybry tylko podstawowe usługi). Niestety Debian Etch był ostatnią wersją, która była łaskawa zainstalować się na moim kompie. Od ówczesnego Lenny'ego do dzisiejszych wersji różnorakich, każda próba instalacji staje na 52% ładowania programu partycjonującego wywoływanego tuż po wybraniu ręcznego wyboru partycji pod instalację.
Dziś do głowy wpadła mi taka myśl, że za tym problemem może stać zewnętrzna nagrywarka doczepiona do kompa via USB. Windows i Ubuntu już na etapie instalacji ją rozpoznają i wiedzą, jak potraktować, natomiast Debian mógł się na niej nie poznać i zgłupieć. Tak pomyślałem i odpiąłem tego wolnostojącego LG, by uskutecznić kolejną próbę instalacji Debiana. Znowu Zonk, cholera. Złożyłem broń i zrezygnowałem - pewnie ostatecznie, ale nigdy nic nie wiadomo, co przyniesienie kolejny powiew windowsowej nudy.
Wymyśliłem więc sobie spróbować Windowsa 7 RC. Instalowałem poprzedni bulid (nie pamiętam numerku, ale to był ten poprzedni publiczny przed aktualnym 7100). Poprzednie podejście do 7 zakończyło się niewypałem, którego bezpośrednią przyczyną był brak sterowników do karty sieciowej. Tym razem nie sprzedam tak łatwo skóry; przygotowałem się na tę ewentualność zaopatrując się w komplet sterowników dla Visty. Drajwery czekają sobie spokojnie na pendrajwie, a Windows 7 RC kończy się ściągać.

Fajnie było, ale czas kończyć ten wpis. Siedziałem nad nim długo, bo z przerwami na kolację, spacer po piwo i zabawę z Operą 10 beta. Dokończyć browar, wrzucić niniejszy tekst na bloga, zainicjować proces wypalania Windows 7 i wskoczyć pod prysznic - oto plan czynności na najbliższe dwadzieścia parę minut. Instalacja Windows 7 dziś? Nie wykluczam - wszak czwartek dopiero się zaczął :)