To, co innym nawet się nie śni, Polakom przychodzi z łatwością. Na boisku piłka była jedna, bramki były dwie, grało dziewięciu Niemców i trzynastu Polaków, z których jeden strzelił wszystkie bramki meczu (i nie były to gole samobójcze), a mimo to reprezentacja jego ojczyzny mecz przegrała. Jak to możliwe? My to po prostu potrafimy.
Podczas meczu najwięcej strachu najadł się stół, przy którym siedziałem, bo po jednej zmarnowanej sytuacji tak zdzieliłem go pięścią, że poprawki już by chyba nie zniósł. Czuję za to ogromną satysfakcję! Naprawdę. To, co mnie w sposób wielce perfidny cieszy, to wielkie znaki zapytania na twarzach kibiców sukcesu, którzy stają się miłośnikami tych dyscyplin, w których nasi zawodnicy odnoszą jakieś sukcesy. Nawet w kręgu bliskich znajomych udało mi się taki trend zaobserwować. Ktoś tam gdzieś usłyszał, że ten Benenehaker to niezły trener i równy gość "chyba z Holandii", a jakiś Ebi dobrze strzela. Znawcy, którzy po meczu będą pytać: "dlaczego? Przecież w Fakcie pisało, że wygramy...". Na wczorajszym meczu najwięcej skorzystał browar tyski, który zorganizował sobie darmową kampanię reklamową w Naszej Klasie: "niechaj każdy wywiesi w swoim profilu polską flagę” - flaga oczywiście podpisana "Tyskie". No i wieszali.
Teraz niech ktoś pomyśli o wklejaniu kasku Kubicy. A wracając do wczorajszego meczu z Niemcami, dziwi mnie jedna rzecz: jak to się stało, że tak bardzo raził brak asekuracji w naszej drużynie???
Naprawdę, cholernie zdziwiony jestem tym faktem. Nie tak wygraliśmy eliminacje. Przecież z Portugalią walczyliśmy grając podwojonym, a chwilami potrojonym kryciem, co przynosiło efekt taki, że o wiele lepsi technicznie rywale byli skazani na stratę piłki. Czemu wczoraj tego nie było? I czemu nikt wczoraj nie zamykał akcji? Ile piłek bitych w pole karne, tyle pytań: "czemu nikt tego nie zamknął?". Roger dwa razy zagrał wzdłuż pola bramkowego w taki sposób, że wystarczyło być i dotknąć piłkę, a ta by wpadła do bramki. Piętą, dupą, brodą - czymkolwiek, byle ją trącić. Ale nikt tego nie robił, bo nikt nie biegł za akcją, tylko zostawali na 16-20 metrze i patrzyli.
Nikt mi nie wmówi, że wczoraj nasi piłkarze zaprezentowali szczyt swoich możliwości. Jestem przekonany, że gdyby Polskie media darowały sobie te swoje pyskówki pod adresem niemieckiej repry, to kto wie, jak potoczyłby się wczorajszy mecz. Jeśli z Austrią (12.06) i Chorwacją (16.06) Polacy wygrają i uda się im z grupy wyjść, to na mojej twarzy zagości uśmiech satysfakcji. Teraz mniejsza z tym, czo nasi wczoraj przegrali na własne życzenie, czy też nie, bo tak czy owak SE i Fakt dostały pstryczka w kinol za swoje kretyńskie artykuły. To by było w stylu Beenhakkera i dopiero mecz z Chorwacją zweryfikuje prawidłowość mojej teorii na temat wczorajszej przegranej. Do mistrzostw awansowaliśmy grając różnie: ale wygraliśmy tyle, aby pewnie awansować i zapracować na metkę drużyny cholernie wyrachowanej.
Brzmi to jak rozpaczliwe szukanie usprawiedliwienia wczorajszej porażki, ale po raz wtóry zwracam uwagę na to, że nie zagraliśmy tak, jak grać potrafimy. Dlaczego? Beenhakker to nie Janas, Engel czy Wójcik, którym spryt wystarczał jedynie na czas eliminacji. Beenhakker jest cwaniakiem, cholernym spryciarzem i świetnym aktorem, co w połączeniu z wczorajszą grą naszej repry nasuwa, przynajmniej mi, przypuszczenia, że ten mecz mieliśmy przegrać. Po co? Nie wiemy lub wiedzieć nie chcemy, bo przecież pragnęliśmy historycznego zwycięstwa nad Niemcami.
Proponuję poczekać do ostatniej kolejki naszej grupy. Wtedy na wiele pytań uzyskamy odpowiedzi.