Tak cienko już dawno nie było, ale i tak jest lepiej, niż myślałem. Myślałem bowiem, że we wrześniu popełniłem tylko jeden wpis. Zaskoczył mnie widok „trójki” przy miesiącu wrześniu w statystykach mej blogowej płodności. 10 wpisów w lipcu, 3 w sierpniu i tyleż samo we wrześniu - to efekt mojego zapracowania. Praca mnie zjadła. Maksymalnie! Wrzesień zleciał tak, że gdyby nie pewna wesoła otoczka towarzysząca prenumeracie Linux + i jej recenzji, to zapytany o liczbę notek napisanych w pierwszym powakacyjnym miesiącu w ciemno podałbym liczbę „zero”. Ehh...
Świat idzie do przodu, a ja zwykłem komentować co ciekawsze (subiektywnie) wydarzenia tzw. bieżące. Nie było czasu na blogowanie i z tegoż powodu cierpiałem niemiłosiernie. Co rusz miały miejsce jakieś akcje, afery i sensacje, których w przybytku wolnego czasu nie omieszkałbym skomentować, ale... no, nie dało się. Rydwany wydarzeń mijały mnie z łoskotem drewnianych kół, tumany kurzu opadały i choć tętent kobylich kopyt słychać jeszcze było, to ja w zupełnie inny sposób obserwowałem te wszystkie medialne jazdy. Dotąd starałem się w nich uczestniczyć, a teraz stałem z boku - nieprzywykły do tego jak węgorz do skoków na spadochronie. To była lekcja: ostatnia lekcja dystansu do otaczającego mnie świata, o którym mogę czytać i słuchać, ale którego dotknąć nie mogę.
Podejrzewam, że odbije się to na moim pisaniu. Nie wiem jeszcze w jaki dokładnie sposób, ale na pewno. Zacznę regularnie bazgrać, to się dowiem, na ile jest to kolejna mądrość, a na ile ogólne wdupiemanie.
Cieszę się. Zajebiście się cieszę, bo twórcza praca i świadomość bycia niezastąpionym to jest to, czego mi brakowało. Moje sprawy odeszły na dalszy plan: może przyjeleniłem, ale poświęciłem się pomocy narzeczonej swej w rozkręcaniu jej firmy. Początki są trudne i wszystko jasne :) Mogłem sobie pozwolić na porzucenie swojego pracowania, bo już wcześniej zrobiłem se zaplecze finansowe na tyle, aby luksus niepracowania przez tyle i tyle był jedynie kwestią szybkiej decyzji.
Fotografia, to podstępna suka, która wabi i kusi aż do momentu, kiedy wpadniesz. Zawsze lubiłem zdjęcia, ale nigdy na poważnie nie brałem pod uwagę tego, że mógłbym się tym zając na poważnie. Kupiłem sobie fajną małpkę z rozbudowanym manualem i mogłem się bawić. Było super, aż zdałem sobie sprawę, że chcę lustrzankę. Mam lustrzankę – sprzęt, który miał mi zagwarantować na bardzo długo zabawę w odkrywanie białych plam na mapie fotografii cyfrowej. Tak było w istocie, ale już po dwóch miesiącach zacząłem kupować zabawki, o których pół roku temu nawet nie wiedziałem. To jednak nic, bo... chcę nowy aparat! Marzę o pełnoklatkowej, szybkiej reporterskiej bestii! Nikon D3 albo Canon 5d Mark II... A do tego obiektywy... i lampy... czemu to takie drogie?
Ciąg dalszy "Przerywam ciszę :) Gratis słów kilka o Olympusie E-520"