Wspomnienia z wyjazdu do Małych Cichych mógłbym zawrzeć w dwóch różnych wpisach, z których każdy brzmiałby niczym opis zupełnie innej wyprawy. Pobyt w miejscowości Małe Ciche miał dwa oblicza. Z jednej strony mógłbym narzekać na nieuniknione oraz przypadkowe, a z drugiej chwalić i się cieszyć. Koniec końców: fajnie było, ale zbyt szybko się skończyło. Może kiedyś blog mój doczeka się sporego wpisu okraszonego fotkami i filmami z wyjazdu (prawie 2h video na miniDV, trzeba znaleźc czas, by to ogarnąć), ale na dziś dzień jedynie krótki opis.
Nocleg zaklepaliśmy na jakiś tydzień przed wyjazdem i wybór, za sprawą znajomych, padł na
dom gościnny pani Antoniny Żegleń (Małe Ciche 68). Sympatycznie i stosunkowo niedrogo. Zaraz po przyjeździe sporo utyskiwań ze strony kobiety mej, bo nie tak to sobie wyobrażała. Ja zresztą też inaczej to widziałem, ale byłem bliżej realiów niż moja :) To lekkie rozczarowanie trwało niedługo, już na drugi dzień moja cieszyła pysiora, że "jak tu fajnie i wogle". Luzik, tak to jest, jak się człowiek przyzwyczai do tego, co chciałby mieć :)
Miejscowość Małe Ciche położona jest na końcu świata: nie ma tu neta, a nawet zapłacenie kartą w jedynym miejscowym sklepie obsługującym tego typu transakcje graniczy z cudem! Zaraz po przyjeździe (w czwartek) śmigaliśmy z gotówką, w piątek zapytałem o możliwość płacenia kartą, w sobotę na takową się zdecydowałem, ale... nie mieli zasięgu. Nie wiem jak to działało, ale to, co zobaczyłem, przypominało integrowanie terminala z telefonem stacjonarnym, który pewnie działał na radiu i stracił zasięg. Ekspedientki kilkakrotnie wybierały jakiś numer telefonu jednocześnie suwając moją kartą, jednak nic z tego nie wyszło, bo "nie można się połączyć". Zniesmaczenie, ale cóż: tak jest na końcu świata.