Czego boi się ojciec?

Czego boi się ojciec?

Mówi się, że początek rodzicielstwa jest początkiem wielkiej odpowiedzialności. So true. Całe dotychczasowe życie się zmienia, wywraca do góry nogami, przewartościowuje, a rozmaite poprzeczki zmieniają wysokości, na jakich dotąd wisiały.

Zanim zostałem ojcem wiele myślałem na temat zmian w życiu po narodzinach pierwszego dziecka. Rozważania te skupiały się głównie na aspektach materialnych: jakie będą potrzeby i czy starczy pieniędzy na nie, a te pieniądze, to jakim nakładem zdrowia, energii i prywatnego czasu będę musiał zdobywać i jak to się odbije na mnie i na rodzinie?

Jednak im bliżej było terminu narodzin Jaśka, tym optyka na rodzicielstwo zaczęła się coraz bardziej zmieniać. Nadal zastanawiałem się nad tym, jakim będę ojcem, ale te wszystkie myśli coraz mocniej skupione były właśnie na tym, jakim będę ja, a nie ile będę miał.

W przeszłości tego czy owego się bałem, ale z czasem te wszystkie obawy udawało mi się pokonać. Na bazie doświadczeń w pewnym stopniu nauczyłem się nawet mniej się bać, bo wiedziałem już, że to są tylko chwilowe obawy, dotycząc konkretnych trudności i nic dobrego nie wnoszą – poza paraliżem działań.

Teraz, kiedy jestem świeżo upieczonym ojcem, znowu się boję.

Boję się, żeby nie spieprzyć życia swojemu dziecku błędami, które nieświadomie popełnię. Dobrych chęci nie mogę odmówić sobie i żonie, ale chyba wszyscy znamy to przysłowie, że właśnie tymi chęciami jest piekło wybrukowane.

Pragnę wychować swoje dzieci na wspaniałych ludzi: odważnych, ale dobrych, pracowitych, ale asertywnych, pewnych swojej wartości, ale by skromność nie była im obca. I tak dalej.

Patrzę w te maleńkie, dwumiesięczne oczka Jasia i wzruszam się jego istotą. Taki maleńki, a jednocześnie z tak ogromnym potencjałem. Biała, nieskończona karta do zapisania. Maleństwo, które będzie rosło, a ja wespół z żoną będziemy nadawać mu kształt. Efektem naszej rodzicielskiej pracy będzie to, jak sobie Jaś poradzi w życiu, jaką drogą pójdzie, jaki będzie dla ludzi i otaczającego go świata, jaki będzie jego system wartości… Po prostu jakim Jaś będzie Janem.

Znam sporo osób, których potencjał został zmarnowany przez ich rodziców. Kilka przypadków znam bliżej. Są one efektem zaniedbań, lenistwa, wygodnictwa matek i ojców, ich charakterów, a także nawyków, zwyczajów i wzorców panujących w rodzinach i przekazywanych dalej w sztafecie pokoleń. Jedni świadomi problemów, inni nie, ale nikomu nie chciało się ich przezwyciężać z myślą o swoich dzieciach. Choć może nawet próbowali, ale odpuścili. Tego już nie wiem.

Boję się, że mi – nawet w pełni świadomemu tych wszystkich znanych mi zagrożeń – z czasem braknie siły lub czujności, by uchronić kształtowane osobowości moich dzieci przed rozmaitymi rysami. Że w którymś momencie nie dostrzegę, że właśnie coś się psuje i pozwolę, aby powstała skaza.

Wierzę jednak w to, że im więcej będę o tym myślał, tym lepiej przygotowany będę na kolejne etapy mojego rodzicielstwa. Tak, boję się, że mogę coś spieprzyć, ale absolutnie nie boję się spróbować.

Chcę dać z siebie wszystko, ale chcę zrobić to z głową. Chcę kochać swoje dzieci mądrze. Chcę wyzbyć się egoizmu, czyli największego raka niszczącego miłość. Chcę wykrzesać z siebie maksimum motywacji, aby swoją rodzicielską misję wypełnić najlepiej, jak to było możliwe. Chcę być dobrym ojcem, dla którego największą nagrodą za trud włożony w wychowanie będzie spokój o własne dzieci w ich dorosłym życiu.

Subskrybcja
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Wbudowane komentarze zwrotne
Pokaż wszystkie komentarze
Michał

Szczerze napisane, lubię. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, że coś wynosimy z domu jako oczywistość i nieświadomie przekazujemy dalej. Bardziej w kategoriach tradycji albo innych lifwstylowych aspektach na to patrzyłem. Fajnie, że jesteś świadomy. Trzymam kciuki :) I za projekt Tatung również. Pozdrawiam

Jasmin

Myślę, że nie ma co myśleć. Z perspektywy mojej i moich najbliższych znajomych, ważne byś po prostu był, byś był dostępny, w dalszym zakresie otwartym, niekrytykującym… Kolejne cechy to jakby kolejne pięterka. W gronie moich najbliższych znajomych ojcowie albo dali nogę, i po prostu ich nie ma, a jeśli są to na pół gwizdka. Nie ma mowy o miłości bezwarunkowej. Wśród kilkorga bliskich, Ci którzy zostają ojcami, zwykle na początku bardzo są dostępni. W moim odbiorze dziecko to dla nich jakiś kolejny krok w ich życiu, którego dokonali, głównie by zaspokoić swoje ego i mieć społeczne potwierdzenie że wszystko z… Czytaj więcej »