Dotykasz, lecz nie dotykasz - paradoks naszych czasów

Dotykasz, lecz nie dotykasz - paradoks naszych czasów

Wiele razy na blogu z nostalgią wzdychałem do fotografii analogowej. Że klimat, że romantyzm, że pojemność tonalna kliszy, że wymagająca wobec fotografującego, a co za tym, że nie jest dla każdego, ale dla wybranych. O namacalności zdjęć chyba też było, ale prawdę mówiąc nie pamiętam, czy na blogu, czy tylko w mojej głowie ten temat został. Nie, nie chce mi się szukać w starych wpisach – w tym czasie wolę powzdychać sobie znowu.

W dobie dotykowych wyświetlaczy, których dotknięcie wyzwala migawkę i robi pstryk, a zdjęcie oglądane jest na wyświetlaczach obsługiwanych dotykiem, fotografia jest najmniej namacalna w całej swojej historii.

Ło paaaanie, kiedyś to było!

Było ciężko. Wszystko było manualne, mechaniczne i kosztowało, a czasem, to w ogóle nie było. Aparat, obiektyw, film, koreks, wywoływacz, utrwalacz, powiększalnik, czerwona żarówka, papier, kuweta… Każde zdjęcie kosztowało wiele czasu i pracy, no i oczywiście pieniędzy. I wymagało kompleksowej wiedzy na temat wszystkich etapów powstawania fotografii. Od prawidłowego ustawienia parametrów ekspozycji po zastosowanie odpowiedniej chemii w odpowiednim czasie i prawidłową kąpiel materiałów światłoczułych.

Produktem końcowym była odbitka fotograficzna: sztywna i pachnąca zdjęciem! Można było ją wziąć do ręki, pomacać i zostawić odcisk tłustego palucha na wrażliwym, błyszczącym papierze. Takie zdjęcie miało swoją wagę, miało swoje trzy wymiary, miało zapach, temperaturę i było wyczuwalne pod palcami.

Zdjęć było mało, ale i tak każde z nich można było dotknąć.

Dzisiaj zdjęcia bardzo rzadko dotykamy. Dotykanie ekranu smarfona nie jest dotykaniem zdjęcia, tak jak macanie monitora nie jest pieszczeniem pani z redtuba ;) Dotykamy urządzenia, dotykamy jego ekranu, ale sam obraz nadal jest jedynie sumą świecących się pikseli za szybką. Zniknie zaraz.

Zdjęcia robimy w ogromnych ilościach (np. swoim dzieciom, czego im współczuję i czemu poświęciłem oddzielny wpis), ale ile z tych zdjęć faktycznie weźmiemy w ręce, dotkniemy palcami z każdej strony, ich krawędzie delikatnie wetną się opuszki, a sami będziemy uważni, aby nie zgiąć i nie poplamić?

W czasach, gdy fotografia jest tak łatwa i tak łatwo dostępna, tak wszechobecna i tak tania, nie robimy sobie przyjemności i nie utrwalamy najlepszych naszych kadrów na papierze fotograficznym. Jakikolwiek fizyczny kontakt ze zdjęciem ogranicza się zwykle do dotknięcia jego podglądu na wyświetlaczu, kiedy to nawet nie jest jeszcze zdjęcie!

Dotykamy na potęgę, ale tak naprawdę dotykamy jedynie urządzenia. Zdjęcie oglądane na monitorze czy na wyświetlaczu jakiegokolwiek przenośnego sprzętu jest tylko podglądem tego, co możemy wywołać, wziąć do ręki, pogłaskać i powąchać, włożyć w ramkę lub nosić przy sobie i mieć do tego dostęp nawet po przejściu apokalipsy i wszystkich innych plag egipskich do kupy wziętych z armagedonem łącznie.

Pamiętajmy o tym i doceniajmy własne zdjęcia, najlepsze z nich honorując i dając im fizyczną postać. Choćby ten ułamek promila pstrykniętych fotek, które oglądamy na wyświetlaczu nie tylko tuż po wykonaniu, ale wracamy do nich ponownie, w miarę regularnie. Skoro tak się dzieje i chcemy te zdjęcia oglądać, to róbmy to! Wykonujmy odbitki tych zdjęć. Odbitki, wydruki na płótnie czy co tam nam się jeszcze zamarzy. Wówczas będziemy mogli naprawdę dotknąć fotografii, wracać do niej i podziwiać nawet wtedy, gdy zabraknie prądu.

6 komentarzy
  1. Dawniej, zdjęcia łapały w pamięci jakąś chwilę. Zatrzymywały w pamięci pewien moment. A teraz nie mamy do czynienia z zdjęciami, a raczej po prostu z animacją po klatkową, od hurtowej ilości tych kadrów.

  2. Dawniej jak się robiło zdjęcia na kliszy to praktycznie wszystko z niej było wywoływane. Pamiętam, że później weszły w fotolabach takie wydruki miniaturek i dopiero wtedy można było sobie wybrać zdjęcia, które mają być wywołane duże. No ale to i tak dawało kilkadziesiąt procent wywołanych zdjęć.

    Właśnie przejrzałem zdjęcia w telefonie i mam ich tysiące a niektórych już nawet nie pamiętam bo do nich nie wracałem chyba od momentu zrobienia. Trzeba porobić porządki :-D

  3. Na szczęście prawdziwi profesjonaliści szanują sztukę fotografii i robią dla klientów odbitki. Jak dostałem z takiej sesji pierwszy raz od X lat papierowe zdjęcia to cieszyłem się jak głupi do sera

  4. Ładne podsumowanie, zwłaszcza w ostatnim zdaniu. Chciałem też od siebie coś mniej lub bardziej niemądrego dodać. Mało ludzi wywołuje zdjęcia, to już wiemy. A dlaczego tak jest? Z doświadczenia wyniesionego z pracy wiem, że powody mają różne w tym między innymi ‘bo drogo’, ‘bo gdzie to trzymać’, ‘bo się zniszczą’, a nawet ‘bo jakość nie ta’. Osobiście mam wywołanych 300 zdjęć z ładnego okresu mojego życia, fajny duży album. Zwykłe zdjęcia bez profeski – z fona, kompaktu i kilka z lustra. Do tego dojdzie kilkanaście ‘odbitek’ w fizycznym portfolio, takie trochę bardziej ‘pro’. Resztę zdjęć jak wielu z nas trzymam na kilku dyskach. Co to będzie gdy prądu zabraknie? Co to będzie gdy wiatr słoneczny zepsuje nam całą elektronikę w jednej sekundzie, a dane szlag trafi? Pewnie żal i ból dla kilku jednostek, a dla większości żadna strata. Przecież tyle jest na świecie nic nie wartych fotografii, a co sekundę pojawiają się dziesiątki tysięcy nowych. Jednak sądzę, że trzeba spojrzeć ponad ból, żal czy obojętność by odkryć coś głębszego. Niedawno miałem okazję ‘poznać’ pradziadka mojej przyszłej żony – trzymałem w palcach zdjęcie wykonane prawie 100 lat temu. Kawałek papieru, pożółkły i brudny kartonik, portret; kawał historii, który dał mi chwilę na refleksję nie tylko nad przeszłością, ale i nad własnym życiem. Mogłem też ‘poczuć’ postęp oznaczającego nas świata. A nas pewnie w przyszłości nikt nie zobaczy, nikt nie pozna. Nikt nie będzie dociekał naszej historii, naszych osiągnięć, bo nie oszukujmy się, w większości jesteśmy szarymi ludźmi – skoro nie zrobiliśmy nic co zapisałoby nas na kartach fotograficznej historii tak jak Salvadora Dali czy Marilyn Monroe to jeśli sami nie zadbamy o upamiętnienie naszego wizerunku dla potomnych to nikt inny za nas tego nie zrobi. Odejdziemy w zapomnienie. ⚰ Ja na szczęście mam swój – jak na razie – jedyny album. Może kilka fotek w nim zawartych będą oglądać moje prawnuki. Fajnie byłoby być wspominanym, a i przy okazji pokazać trochę naszego świata.

  5. O, ja czasem robię odbitki. I sobie one wiszą w naszym mieszkaniu i na naszym placu. Żałuję tylko, że mam tak mało miejsca. Ale faktycznie, 98 procent to pliki w komputerze.
    O.

  6. Ja pamiętam jeszcze czas jak rodzice robili zdjęcia i później z kliszą do “speca” :) żeby te zdjęcia wywołać. Mam całą kupę takich fotek i zawsze ich oglądanie wprawia mnie w stan nostalgii. Jak byłem dzieciakiem to miałem takie zestawy do samodzielnego wywoływania zdjęć, ciemne pomieszczenie itd… achhh! :)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *