10

Płyta „The Very Best of Patsy Cline” – ależ się tego słucha!

Okładka płyty "The Very Best of Patsy Cline"

Okładka płyty „The Very Best of Patsy Cline”

Obudziłem się w środku nocy. Niespecjalnie czułem ochotę na kontynuowanie snu, ale też nic nie motywowało mnie do opuszczenia ciepłego łóżka i pościeli. Spać czy nie spać? Postanowiłem powierzyć sprawę losowi, a sobie oczekiwanie na jego decyzję umilić płytą, która zakupiona przez internet poprzedniego dnia do mnie przyszła.

Składanka „The Very Best of Patsy Cline” (o Patsy Cline było już na tym blogu w tym wpisie) zabrzmiała w moich głośnikach. Leżałem w dobrej pozycji do słuchania muzyki, więc oddałem się jej bez reszty. Po kilkunastu minutach słuchania nie posiadałem się ze szczęścia! Jak nie przepadam za składankami, tak ta jest kapitalna w odbiorze!

Zacznę od Patsy. Zmarła tragicznie w wieku trzydziestu lat, pozostawiając po sobie mnóstwo wspaniałych piosenek i łatkę piosenkarki country. Czy słusznie? Co do tego mam wątpliwości. Niektóre jej wykonania można sklasyfikować jako pop lub jazz, ale moim zdaniem każdego z tych stylów jest tyle samo. Popowa łatwość w odbiorze, znakomita technika godna wokalistów jazzowych i momentami swojski zaśpiew znany z muzyki country, a wszystko to w niespiesznym tempie. Czasem z dominantą jednego stylu w pojedynczych utworach, co całościowo tworzy wyśmienitą mieszankę!

Same nagrania, jak przystało na kompilację, nie są spójne brzmieniowo. To zwykle uważam za wadę, która zniechęca mnie do słuchania tzw. „składanek”, ALE! Są tutaj dwa „ale”.

Pierwszym z nich jest jednak pewna konsekwencja wynikająca z epoki, w której powstawały nagrania i techniki realizacji nagrań dostępnej wówczas.

Drugim „ale” jest to, że różnice w brzmieniu poszczególnych piosenek są jednak subtelne. Wyjątkiem jest bodajże największy przebój Patsy, „Crazy”, który brzmieniowo mocno odstaje od reszty. Niestety, in minus.

Całości „The Very Best od Patsy Cline” słucha się z przyjemnością. Do samego końca. Brzmieniowo raz ciągnie w kierunku gramofonu, a innym razem w kierunku taśmy magnetofonowej. Utwory zmiksowane są w bardzo prosty sposób: albo całkiem w lewo, albo w 100% centralnie, albo w prawo tak mocno, jak tylko się da. Scena dźwiękowa jest przez to specyficzna, ale przecież tak się wtedy realizowało nagrania! W jednym tylko utworze solówka na strunach płynnie przechodzi z lewej strony na środek, ale jest to chyba jeden jedyny taki moment na całej tej płycie. Widocznie ktoś miksujący to nagranie chciał się nieco bardziej zabawić zapisem dwukanałowym i stąd taki fajerwerk :)

Podsumowując: piękne piosenki w oldskulowym, ale generalnie bardzo dobrym brzmieniu, budujące niesamowity klimat. Słuchający nie ma wątpliwości, że są to stare nagrania, ale jest też świadomy tego, że nagrania były realizowane tak dobrze, jak tylko w tamtych czasach się dało. Instrumenty grają cofnięte i w sposób zdecydowany rozrzucone po kanałach, a całość akompaniamentu otulona jest mocnym, przyjemnym, ale nie do końca klarownym dźwiękiem kontrabasu. W punkcie centralnym mocno do przodu wysunięty jest wspaniały wokal Patsy Cline, zarejestrowany jednak z wyraźnymi zniekształceniami.

Bardzo klimatyczna całość.

Jeśli kogoś z Was zainteresowała ta płyta, to ten ktoś próbek nagrań z „The Very Best of Patsy Cline” może posłuchać na tej stronie. Samą płytę sugeruję szukać w Allegro; nówkę, nieśmiganą, w folii i z hologramem można dostać za mniej, niż 20 zł (+ przesyłka) :)

Podziel się tym wpisem na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Śledzik
  • Twitter
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Flaker
  • email

10 komentarzy

  1. Nigdy bym nie przypuszczał, że ktoś taki jak Ty słucha podobnych klimatów. To się chwali i przyjemnością było poczytać niniejszy artykuł.

  2. Nie znałem wcześniej Patsy Cline, ale wszedłem na amazona i tam przesłuchałem. Lubię takie klimaty i chyba będę musiał skusić się na zamówienie płyty. Dzięki Szuman!

  3. P.Cline to jedna z moich ulubionych wokalistek. Prawdziwa wirtuozeria. @Suunto koniecznie zamów tę płytę.

Comments are closed.