8

Darmowe programy szpiegują?

Czyżby początek ery wilków w owczej skórze? Wiadomo przecież, że pod owczą skórą może kryć się wilk, a o prawdziwości owcy mogą świadczyć tylko jej wnętrzności. Open Source rządzi :) Przypomniało mi się, jak kilka razy napotykałem informacje o darmowych programach, które w rzeczywistości są lub mogą być spajłerem (spyware – program szpiegujący). Gdzieś już jest lista programów szpiegujących, których rzekomym zadaniem jest… wykrywanie szpiegów. Ale nic to, bo ostatnio mówi się o bardzo popularnym antywirusie, który powstał przy współpracy pewnego wielkiego serwisu internetowego z pewnym producentem bardzo popularnego i uznanego programu antywirusowego. Ponoć ten antywirus w rzeczywistości ma za zadanie szpiegować swoich użytkowników (wiele na to wskazuje), a jakby tego było mało, szpiegiem może być również pewna przeglądarka internetowa, która oficjalnie powstała po to, aby zapewnić maksymalną anonimowość w sieci. Ktoś kiedyś powiedział: nic za darmo. Spyware ewoluuje?Twórcy całkowicie darmowego oprogramowania często decydują się na dystrybucję swoich aplikacji na licencji freeware, czyli program jest rozpowszechniany za darmo, ale bez ujawniania kodu źródłowego. Tu może (ale nie musi) być haczyk, ponieważ pod przykrywką przydatnej, darmowej aplikacji może kryć się niespodzianka przynosząca całkiem niemałe zyski swojemu autorowi. Poufne dane są naprawdę cenne. Jedni kradną tożsamość, drudzy wykradają dane potrzebne do wykonywania operacji bankowych, a jeszcze inni preferują wszelakie informacje o internautach (odwiedzane strony, zainstalowane programy, pliki na dysku – długo by wymieniać).

Jakby tak teraz pomyśleć logicznie: dla gościa, który napisze sobie program i ku uciesze wszystkich udostępni go za darmo, zapłatą może być satysfakcja, popularność, wdzięczność użytkowników i/lub perspektywy na skomercjalizowanie projektu, kiedy ten się rozwinie. Tym ostatnim argumentem można wytłumaczyć fakt, że programista nie udostępnia kodu źródłowego. Drugim „za” nieujawnianiem źródła może być obawa przed znalezionymi przez innych błędami w kodzie – w końcu nie każdy lubi słuchać, że jest niedoskonały.
Jeśli jednak priorytetem jest dobro ludzkości, to czemu jegomość nie otworzy kodu dla innych programistów? Open Source właśnie na tym polega: programista udostępnia kod źródłowy swego programu, by inni mogli włączyć się w jego rozwój.

Programy freeware są bardzo popularne i nierzadko swoimi możliwościami przewyższają produkty komercyjne. Dlaczego więc w atrakcyjnie wyglądający, freeware’owy program nie zapakować źródełka pieniędzy, a dosłownie: czemu nie rozprowadzać darmowego programu, który będzie szpiegował? Na jednym skanowaniu dysku „wilkiem w owczej skórze” autor tego „wilka” może sporo zarobić :) Wystarczy zmajstrować zgrabną, wzbudzającą zaufanie owieczkę i podrzucić ją do stada.

Brniemy dalej: czyż więc zakup komercyjnego oprogramowania nie jest rodzajem haraczu? Nietrudno przewidzieć taki tok myślenia: skoro darmowy program szpieguje, żeby jego autor miał coś z niego, to może lepiej jednak zapłacić za markową aplikację i mieć pewność, że program jest ok? Zapytam więc: jak można mówić o pewności, skoro program wciąż jest close source (kod programu jest zamknięty)? Może ktoś podwójnie na nim zarabia? Pewności nie ma. A szkoda. Pozostaje jedynie ufać twórcom, albo…

wybrać rozwiązania Open Source. Ja wybrałem i nie żałuję. Od ponad dwóch lat korzystam z rozwiązań opartych na ogólnodostępnym kodzie źródłowym (mam tu na myśli CMS Joomla, a wcześniej Mambo), a od prawie roku używam systemu operacyjnego GNU/Linux. Jestem zadowolony, mimo że czasem czegoś tu brakuje. Posłużę się metaforą: wolę jednak skromniejszy samochodzik, którego każdy szczegół dokładnie będę mógł obejrzeć, niż wypasioną furę, pod której maskę nie będę mógł zajrzeć. Rodzice często powtarzali: „nie przyjmuj słodyczy od nieznajomych”, a lekarze i policja apelują, by nie pić alkoholu nieznanego pochodzenia.

Zaraz, zaraz, odbiłem od tematu.

Darmowe nie znaczy złe. Czasem ktoś częstuje ciastkiem własnej produkcji z potrzeby serca, a nie z chęci otrucia. Darmowe nie znaczy „gorsze”, tak jak płatne nie znaczy „lepsze”. Na dobrą sprawę każdego, kto nie upublicznił kodu źródłowego swojego programu, można podejrzewać o to czy tamto. Pewności jednak nie ma, bo jedyne można o niej mówić w przypadku oprogramowania Open Source – tam każdy może zajrzeć pod maskę i obejrzeć cały mechanizm działania.

Nie chciałem, żeby ten wpis zabrzmiał pro Open Source. Ale tak się stało i skwituję to tak: efekt niezamierzony, ale też nieunikniony. Bo prawdą jest, że na pierwszy plan wysuwa się otwartość i klarowność – przykład: E-voting w Nowym Jorku będzie Open Source

Podziel się tym wpisem na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Śledzik
  • Twitter
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Flaker
  • email

8 komentarzy

  1. antywirus to AOL AVS :D tez sporo slyszalem(czytalem) na jego temat ale juz nie mam pojecia o jaka przegladarke moze chodzic :P

  2. teraz dopiero to przeczytalem bo wczesniej mi sie nie chcialo :P powiem szczerze ze masz sporo racji i tok myslenia dobry :] napewno nie wszystkie programy sa zle bo np taki AdAware jest krotko mowiac zajebisty :] zgadzam sie w 100% ze tak naprawde to tylko autorzy programow wiedza co sie w nich kryje :] ja tylko czekam az wyjdzie nowe Ubuntu :P przyszlosc nalezy do open source he he

  3. jak widać nie tylko pseudo antywirusy nas szpiegują, ale też programy zaufane. Mam na myśli Skype.
    Przyszłość należeć będzie do otwartych rozwiązań i to stwierdzenie jest niezaprzeczalne.

  4. Niestety najczęściej załapać można na swój komputer programy szpiegujące podczas pobierania takich rzeczy jak darmowe mp3, filmy itp. z sieci p2p. Tam żeby pobrać coś nie zainfekowanego jest sztuką.

  5. Czy jest jakiś sposób, żeby rozpoznać czy dany program nas szpieguje? Wiem, że niektóre programy są po prostu ogólnie znane ze szpiegowania, ale jak np. ściągam jakiś nowy program to co mogę zrobić, żeby sprawdzić czy to jeden „z tych” programów?

Comments are closed.